Czołg do wynajęcia, czyli Yukon GMC na bezdrożach
Szesnaście godzin lotu z przesiadką we Frankfurcie i jesteśmy w miejscu, gdzie w XIX wieku ciągnęły tłumy poszukiwaczy złota, szczęścia, dobrobytu – a także tłumy poszukiwaczy przygód i zwykłych rzezimieszków. San Francisco. Miasto na aktywnym sejsmicznie półwyspie wcinającym się pomiędzy zatokę i zimny Pacyfik. Na lotnisku kolejka do odprawy paszportowej obejmuje wszystkich, oprócz posiadających prawo pobytu w USA. Nieważne, czy wiza jest wymagana, czy nie – stoją wszyscy. W kolejce z nami dużo Niemców – w końcu samolot był z Frankfurtu – ale też Włosi, Hiszpanie, Holendrzy. Są również Polacy. Trwa to wszystko niestety długo – po kilkudziesięciu minutach oczekiwania wreszcie dostajemy stempelek i możemy iść dalej. Po odebraniu bagaży przekonujemy się, że USA to kraj, gdzie własny samochód – tak jak kiedyś własny koń – jest absolutną podstawą egzystencji. Kolejka lotniskowa ma oddzielny przystanek – a właściwie końcową stację – przy wypożyczalni samochodów. Co parę minut kilkadziesiąt osób wytacza swoje bagaże z wagonika i wchodzi wprost z peronu do budynku, gdzie znajdują się wszystkie największe wypożyczalnie o zasięgu globalnym i kilka lokalnych, amerykańskich. Pomieszczenia biur są częścią wielkiego, kilkupiętrowego garażu, z którego co chwilę wyjeżdża, albo wjeżdża nowy klient wynajmujący samochód. Jak się później przekonaliśmy, mimo wysokich opłat parkingowych – to jednak ciągle najtańszy środek poruszania się nawet po mieście – nie mówiąc już o długich przejazdach przez pustkowia „Dzikiego Zachodu” – czy też „South-West”, jak mawiają Amerykanie.
Pierwsze zderzenie z Ameryką nie było zbyt optymistyczne. Samochodu zarezerwowanego dla nas niestety nie było. Pomyślałem odruchowo „no to się zaczyna”… Urzędnik przepraszając prosił nas o chwile oczekiwania, obiecując, że „coś” zorganizuje. Wypytał nas o ilość osób, bagaży, cel podróży – i zapewnił, że znajdzie coś adekwatnego do naszych potrzeb. Po godzinie oczekiwania dostaliśmy „coś”, co spontanicznie nazwaliśmy czołgiem. Nazwa ta niewiele odbiegała od rzeczywistości – przynajmniej w zakresie rozmiarów i ilości spalanej benzyny. 6 litrowy silnik ma swoje wymagania. Yukon GMC – bo tak nazywał się ów SUV – to jeden z większych samochodów, jakie można wypożyczyć w zwykłej wypożyczalni dla przeciętnego śmiertelnika. 5 m długości, 2 m szerokości i tyle samo wysokości. Waga ponad 2,6 tony. Silnik ponad 320 KM, a spalanie ok 15 mil z galona czyli przeliczając na nasze – około 16 litrów/100 km. W baku mieściło się ok. 25 galonów (prawie 100 litrów!),czyli trzeba było tankować co około 500-550 km. Benzyna kosztowała mniej więcej połowę tego, co w Europie, czyli koszty podróży były takie – jakbyśmy jeździli po Starym Kontynencie normalnym autem palącym ok. 8 litrów na setkę. Podczas kolejnych 3 tygodni przekonaliśmy się, że w USA robią auta jeszcze większe i jeszcze cięższe. Przekonaliśmy się również, że ten model to najlepsze, co nam mogli dać, aby przejechać komfortowo i bezpiecznie 6000 km, które zrobiliśmy w ciągu następnych 20 dni. Wracając do porównań z Europą te 6 tysięcy to mniej więcej podróż z Rygi do Barcelony i z powrotem.

Przy pakowaniu Yukona nie obyło się bez problemów z tylnymi fotelami (trzeci rząd foteli), które trzeba było złożyć. Coś nie zaskoczyło tak jak powinno i trzeba było szukać kogoś kompetentnego. W takich przypadkach najbardziej kompetentni okazują się pracownicy o latynoskim wyglądzie. Za drobną opłatą załatwią wszystko i z uśmiechem będą życzyć szerokiej drogi. Tak było też tym razem. Dodatkowo objaśnił do czego jest kilka przycisków na desce rozdzielczej. Przypadkowo, pewnie ze zmęczenia, włączyłem tryb holowania i jakaś kontrolka niewiele mi mówiąca cały czas mrugała. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Pierwszy raz prowadziłem czołg w dodatku na obcym terenie. Ustawiłem poczciwego GPS-a zabranego z kraju i z duszą na ramieniu wyjechałem moim czołgiem z parkingu, mając świadomość, że nie spałem od 24 godzin, jestem w obcym kraju, nie znam do końca wszystkich przepisów drogowych i prowadzę samochód z 6-litrowym silnikiem z automatyczną skrzynią biegów, który być może w Polsce zaliczałby się do ciężarówek. Na szczęście do hotelu było tylko około 11 mil.
Właściwie powinienem zacząć podawać dane w calach, stopach i milach oraz funtach – ale trudno się tak szybko przestawić. Nasz Yukon bez problemu mieścił 4 osoby z dużym bagażem, zostawało sporo miejsca na spożywcze zakupy, wodę w dużych ilościach (bez której pewnie zostalibyśmy na zawsze gdzieś na pustyni), lodówkę samochodową – czyli styropianowy pojemnik wypełniany przy każdej okazji lodem, który w Stanach można kupić za niewielkie pieniądze na każdym rogu, albo otrzymać za darmo w miejscu nocowania. Praktycznie w każdym hotelu stały ice machine, które produkowały kostki lodu w hurtowych ilościach. Taki lód potrafił się utrzymać w pojemniku przez kilkanaście godzin, mimo że na zewnątrz pojemnika temperatura dochodziła do 50 stopni (nie Fahrenheita, a Celsjusza). Zimna woda, czy chłodne artykuły spożywcze przewożone w lodówce – na każdym postoju były bezcenne. Nie wspominając już o piwie. Konieczność przewożenia tego ostatniego doceniliśmy zwłaszcza w stanie Utah, gdzie panuje właściwie prohibicja, a alkohol można kupić w specjalnie do tego wyznaczonych sklepach zarządzanych przez władze stanowe i to bynajmniej nie w porach wieczornych, kiedy jest już zamknięte na głucho. Dotyczy to wszelkich trunków powyżej 3,2% zawartości alkoholu – czyli dobrego piwa również. Kto chciałby podczas wakacji pić kiepskie piwo? Należy też wiedzieć, że w wielu parkach narodowych i rezerwatach są liczne ograniczenia dotyczące wnoszenia na ich teren jedzenia i napojów. Ograniczenia nie dotyczą jedynie wody. Warto mieć zawsze zgrzewkę butelkowanej wody w bagażniku – a najlepiej w samochodowej lodówce.
Po przejechaniu przez dzielnicę z wyraźną nadreprezentacją osób bezdomnych – wjechaliśmy do centrum miasta, które wyglądało już nobliwie i przypominało miasta europejskie. Zadziwiające – przejeżdżasz kilka przecznic i wygląd miasta zmienia się diametralnie. Pod hotelem mały problem. Nie byłem w stanie wyciągnąć kluczyka ze stacyjki i wyłączyć samochodu! Na szczęście w hotelu obowiązywał “wallet parking” – więc i tak musiałem auto oddać pracownikowi hotelu. Dzięki temu nie musiałem się mocować ze stacyjką. Potem okazało się, że po prostu przekręcałem kluczyk za bardzo w lewo – wówczas się blokował. Po zakwaterowaniu – szybkie zakupy spożywcze, bo zgodnie z przepisami całe jedzenie, które mieliśmy – chrupki, kanapki, czy owoce – należało wyrzucić jeszcze na lotnisku. Trudno powiedzieć, czy ten przepis to faktycznie ochrona przed chorobami i bakteriami, jak to objaśniają – czy tylko ochrona własnego rynku. A jest co chronić – bo Kalifornia to gigantyczny producent warzyw i owoców. Spore wrażenie wywarły na nas na przykład ciągnące się kilometrami plantacje truskawek.
Poszliśmy spać, ale niestety o 2 w nocy organizm upomniał się o swoje – nie przestawił się jeszcze na czas kalifornijski i zachowywał się, tak, jakby była 11 rano. Powtarzało się to przez kilka następnych nocy. Chyba gorzej jednak odczuliśmy zmianę czasu przy powrocie. Wtedy problemy trwały przez tydzień.


