El Condor Pasa
El Condor Pasa tłumaczone jest jako „Przelatujący Kondor”. Ta najbardziej znana na świecie melodia peruwiańska powstała w 1913 roku, ale swoją wielką popularność zawdzięcza duetowi Simon i Garfunkel, który swoją wersję nagrał w 1970 roku. Oryginalne słowa w języku Quechua:
Yaw kuntur llaqtay urqupi tiyaq
maymantam qawamuwachkanki,
kuntur, kuntur
apallaway llaqtanchikman, wasinchikman
chay chiri urqupi, kutiytam munani,
kuntur, kuntur.
Qusqu llaqtapim plasachallanpim
suyaykamullaway,
Machu Pikchupi Wayna Pikchupi
purikunanchikpaq.
Tłumaczą się następująco:
O majestatyczny kondorze, władco niebios,
zabierz mnie do domu, na szczyty Andów!
O kondorze!
Pragnę znów powrócić w me rodzinne strony,
znów przebywać razem wśród mych braci Inków.
Tak tęsknię za nimi,
o dumny kondorze!
Czekajcie na mnie w Cuzco,
na centralnym placu.
Może do Machu Picchu i Huayna Picchu
powędrujemy już razem.
Nawet najpiękniejsza melodia słuchana po kilka razy dziennie może obrzydnąć. Tak było też w naszym przypadku. Pod koniec wycieczki mieliśmy jej już dosyć. Grana była wszędzie i przez wszystkich.
Jednak tego dnia to zmysł wzroku a nie słuchu szykował się na ucztę. „Przelatujące kondory” mieliśmy oglądać na własne oczy. Co prawda nasz grupowy ornitolog już dzień wcześniej wypatrzył kondora – ale kto by mu tam wierzył. Tylko on go widział. Dla większości przeciętnych uczestników wycieczki słowo „ptak” generuje skojarzenia o charakterze obyczajowo – frywolnym, a jeśli już się kojarzy ze stworzeniem latającym, to jest to najczęściej gołąb z krakowskiego Rynku i nieodłącznie z nim związana wizyta w pralni. Na nas kondor musiałby wpaść, a najlepiej jeszcze zawołać, abyśmy go zobaczyli. Na szczęście w Peru to wszystko jest możliwe. Dlatego też miejsca takie jak Cruz de Condor biją rekordy popularności wśród wycieczek.

Kondor swoje prawa ma, więc konieczność pobudki o godzinie 5.15 nie wzbudziła tym razem wielkich protestów. Do miejsca obserwacji było 3 godziny jazdy, a kondory pojawiały się z reguły przed godziną 10-tą. Wyjeżdżając z hotelu około godziny 6-tej oglądaliśmy piękne widoki gór oświetlanych wschodzącym w tym momencie słońcem. Spektakl był godny dłuższej obserwacji, ale niestety nie było czasu. Zdjęcia przez szybę autokaru musiały nam wystarczyć. Wróciliśmy drogą do Chivay, przejechaliśmy jedyny w okolicy most nad rzeką Colca i pojechaliśmy lewą stroną rzeki, widząc po drugiej stronie wąwozu miejsce, gdzie poprzedniego dnia oglądaliśmy gorące źródła. Po pewnym czasie droga zamieniła się w szutrową, a jej jakość stopniowo się pogarszała. W porze deszczowej pewnie jest tu niezbyt ciekawie. Po drodze mijaliśmy miejsca licznych obsunięć ziemi. Teraz jednak mieliśmy zimę – czyli porę suchą i tego typu atrakcje nam nie groziły. Na miejscu byliśmy rzeczywiście po 3 godzinach. Było już dużo autobusów i kilkaset osób. Umówiliśmy się za godzinę i każdy poszedł polować na kondory na własną rękę.

Cruz de Condor to miejsce na lewym brzegu kanionu rzeki Colca. Sam kanion w tym miejscu jeszcze nie jest bardzo głęboki – ma „zaledwie” nieco ponad 600 m głębokości. Kilkadziesiąt kilometrów na zachód ta głębokość to czasami ponad 3 km. Rzeka Colca wpada do oceanu, ale przy ujściu w porze suchej nie robi specjalnego wrażenia. Droga w punkcie obserwacyjnym Cruz de Condor zbliża się do krawędzi kanionu, który tutaj dosyć stromo opada w dół. Kondory do latania potrzebują prądów wstępujących, a te pojawiają się po kilku godzinach operacji słonecznej. Ptaki często są wynoszone przez prądy powietrzne niemal wprost pod obiektywy obserwujących je turystów. Czasami jest ich nawet kilkanaście. Tym razem też się pojawiły. Przez godzinę wylatywały coraz wyżej i wyżej patrolując okolicę. Są rzeczywiście imponujące. Rozpiętość skrzydeł może osiągać ponad 3 metry. Same ptaki ważą do 15 kg, przy czym samce są nieco większe od samic. Zakładają gniazda na występach skalnych, co ułatwia im „start” do szybowania. Osiągają pułap 5000 metrów. Mogą dożywać nawet 100 lat. Majestatycznie szybujące ptaki działały na nas hipnotycznie. Zafascynowani spektaklem na niebie nie zauważyliśmy jak szybko minęła godzina. Przed odjazdem mieliśmy jeszcze okazję skosztować soku z kaktusów, który jest lokalnym przysmakiem. Nieco kwaskowy, w kolorze niedojrzałego kiwi i podobny w smaku. Podobno bardzo zdrowy. Dla mnie jednak skutki tej degustacji miały się okazać fatalne.

Droga powrotna wiodła najpierw do Chivay. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Maca, gdzie oglądaliśmy między innymi uroczy kościółek barokowy Santa Ana z roku 1759, odrestaurowany po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło go w 1991 roku. Z Chivay znowu przez przełęcz Patapampa w kierunku jeziora Titicaca. Podobnie, jak poprzedniego dnia, mijaliśmy stada dziko pasących się wikunii. Warto wspomnieć o tych zwierzętach z rodziny wielbłądowatych i ich krewniakach. Taksonomia gatunków zamieszkujących Amerykę Południową sprawiała do niedawna kłopot. Obecnie przyjmuje się, że pierwotnymi gatunkami zamieszkującymi ten kontynent były: wikunia (wigoń) i gwanako. Od nich pochodzą 2 gatunki udomowione: alpaka od wikunii i lama od gwanako. Nasza wizyta u miejscowego farmera, który hodował wikunie i gwanako poddaje w pewną wątpliwość poprawność tej systematyki, ale trzymajmy się oficjalnej wersji. Wikunie żyją dziko na terenach od 3500 m do 5750 m npm. Mają niezwykle delikatną sierść. Wyroby z wełny wikunii podlegają zakazowi wywozu z Peru. Osiągają astronomiczne ceny. W Limie widzieliśmy w firmowym sklepie męski płaszcz z wełny tego uroczego stworzenia. Płaszcz niebywale delikatny w dotyku, niemal jak aksamit, kosztował w przeliczeniu równowartość 30 tys. złotych. O wiele tańsze są wyroby z wełny lamy i alpaki. Szczególnie godne polecenia są wyroby z młodych alpak (tzw. baby alpaca). Delikatna wełna jest bardzo ciepła i miła w dotyku, a ceny wyrobów – nawet w firmowych sklepach, gdzie są wyższe 2-3 krotnie niż na targu – i tak są o wiele korzystniejsze niż w Polsce. Kupno na targu zawsze jest obarczone pewnym ryzykiem co do jakości towaru. Nie znam się na wełnie owcy i góralka spod Nowego Targu mogłaby mi wcisnąć sweter z waty, gdyby tylko chciała – więc wolałem się nie podejmować oceny jakości wyrobów z wełny alpaki sprzedawanych na targu w Chivay czy Pisac.




Kolejny dzień na wysokości zbliżonej do Mont Blanc, pospieszne śniadanie w hotelu poprawione ożywczym sokiem z kaktusa, a może wszystko po trochu sprawiło, że z tej trasy pamiętam niewiele. Nudności, biegunka, ból głowy, fatalne samopoczucie a także potworna bladość, która podobno ode mnie biła spowodowały reakcję ze strony pilota. Postanowił przetestować na mnie działanie butli z tlenem, w które obowiązkowo wyposażone są autobusy turystyczne w Peru. Kilka minut pod tlenem poprawiło nieco moje samopoczucie, ale oczywiście nie zlikwidowało przyczyny zatrucia pokarmowego. W rachubę wchodziła wizyta u miejscowego lekarza. Stan mojego ducha w tamtej chwili był taki, że oczami wyobraźni widziałem szamana odprawiającego nade mną gusła i plemię lokalnych wojowników tańczących taniec ku czci boga – słońca. Zdaję sobie sprawę, jak takie skojarzenia mogą być krzywdzące dla peruwiańskiej służby zdrowia, ale cóż poradzić na chorą wyobraźnię człowieka, którego sens życia sprowadza się do obsesyjnego oczekiwania na najbliższy postój i wizytę w toalecie. Na szczęście okazało się, że podróżuje z nami lekarka. Ta grupa zawodowa to chyba rzeczywistego urlopu nigdy nie ma – bo zawsze w okolicy znajdzie się jakaś sierota oczekująca pomocy. Tak, czy inaczej decyzja o wizycie u miejscowego lekarza została odłożona do następnego dnia. Dostałem jakieś pigułki. Moja wyobraźnia kazała mi zjeść bez pytania wszystko, co mi zaserwowano, w nadziei, że jednak nie będę obiektem zabiegów szamana.
Z noclegu w Puno pamiętam doskonale topografię łazienki w pokoju hotelowym. Podobno na ulicy była jakaś bójka, krzyki i jęki. Rano nie wdawałem się w dyskusję, czy te krzyki i jęki to aby na pewno z ulicy – a nie z mojej łazienki. Wersja bójki na ulicy niewątpliwie poprawiła moje samopoczucie.
Nie wiem, czy to strach przed szamanem, czy cudowna pigułka, którą otrzymałem od Moniki sprawiły, że na drugi dzień rano byłem całkiem zdrów. Może trochę niewyspany i osłabiony, ale jednak gotowy do dalszych trudów naszej wędrówki.














