Vilcacora, Maka, Koka czyli zapiski szamana
Wyjeżdżamy znowu wcześnie rano. W planach mamy przejazd z Arequipy do Chivay. Dzisiaj osiągniemy najwyższy punkt na naszej wyprawie – przełęcz Patapampa. To 4910 metrów npm, czyli wyżej niż Mont Blanc. Ciśnienie atmosferyczne na tej wysokości – to około połowy ciśnienia panującego na poziomie morza. Trudno się więc dziwić, że od rana w autobusie trwają przygotowania, aby tę wysokość przebyć bezboleśnie. Nasza przewodniczka, peruwianka, demonstruje jak się przygotowuje liście koki do żucia. Koka to nic innego jak krasnodrzew pospolity. Rośnie w Andach – ale również w Kamerunie i na Jawie. Woreczki z liśćmi koki można kupić wszędzie w cenie kilku soli. Zawierają kilkadziesiąt liści i mały kamyk o strukturze kredy, który można łatwo podzielić na drobniejsze fragmenty. Same liście wyglądem przypominają nieco liście laurowe. Jedną porcję liści – 9 sztuk pozbawia się ogonków, składa razem i fragment kamyka, będący związkiem wapnia wkłada się do środka zawijając szczelnie liście poprzez ich składanie. Tak wykonaną kulkę wkłada się między zęby trzonowe i powoli zagryza i przeżuwa. Wapń ułatwia wydzielanie soków z liści koki. Po kilku minutach można poczuć lekkie drętwienie języka i policzka po tej stronie– wówczas przekłada się kulkę z liśćmi na drugą stronę. Po ok 20-30 minutach w zasadzie z liści pozostają trociny. Działanie soku z liści koki wyekstrahowanego poprzez żucie jest faktycznie zbawienne dla organizmu na dużych wysokościach. Przechodzi ból głowy, poprawia się oddech dzięki zwiększeniu objętości pęcherzyków płucnych i można funkcjonować prawie normalnie. Taki stan przechodzi po 2-3 godzinach. Kierowcy peruwiańscy żuli liście niemal bez przerwy. Stanów euforycznych nie miałem, różowych słoni i tego typu zjawisk nie zauważyłem. Natomiast próba funkcjonowania na tej wysokości bez stopniowej aklimatyzacji i bez tego specyfiku skazana była na porażkę. Gdy na wysokości 4900 m próbowałem podbiec do autobusu, który odjeżdżał z parkingu – miałem wrażenie, że serce mi wyskoczy z klatki piersiowej. Na całe szczęście w porę zauważono moją nieobecność i autobus się zatrzymał. Mogłem powolnym krokiem dojść do autobusu. Potem jeszcze kilka minut uspokajałem oddech, a współpasażerowie patrzyli na mnie wilkiem, że musieli czekać, kiedy ja spokojnie,dostojnie i powolutku raczyłem wrócić ze spaceru. Od tego dnia przez następny tydzień nie zjeżdżaliśmy poniżej 3200 m. Dopiero wizyta w Aguas Calientes, tydzień później przy okazji wyjazdu na Machu Picchu, to był zjazd na wysokość ok. 1900 m. Tam poczuliśmy się mocni jak młodzi bogowie.

Oprócz liści koki do żucia poleca się picie herbaty. W hotelach peruwiańskich powszechna jest dostępność herbaty z koki i innych ziół. Herbatę robi się samemu zalewając wrzątkiem liście – albo używa się ekspresowych torebek, które też można kupić wszędzie. W wielu hotelach przy recepcji był termos z wrzątkiem – i do wyboru kilka typów herbaty, a wśród nich mate de coca. Herbaty ekspresowe z koki można przewieźć do Europy, natomiast próba przewiezienia samych liści jest już przestępstwem.
Herbatki z koki popijaliśmy też na postojach. W niektórych barach działanie koki było wzmacniane innymi ziołami – i takie zestawy zwane triple lub quadruple zamawiali prawie wszyscy, którzy te bary odwiedzali. Były to różne warianty naparów zawierające oprócz koki – miętę, anyż, rumianek i jeszcze jakieś inne zioła. Koka w Peru jest też składnikiem wielu przekąsek – ciastek, cukierków, czekolady. To wszystko jest tam absolutnie legalne. Te smakołyki można też kupić w sklepie bezcłowym na lotnisku i wywieźć. Wywóz lici koki do Europy już legalny nie jest.

Z innych roślin, które są popularne w krajach andyjskich warto wspomnieć o dwóch, które zdobyły rozgłos i popularność : maka i vilcacora. Podobno działają zbawiennie na wszystko. Maka (maca) to warzywo korzeniowe, podobne trochę do dużej rzodkiewki. Wysuszone i sproszkowane może być dodatkiem do diety. Reklamowane jest jako andyjski odpowiednik żeń–szenia. Działa generalnie wzmacniająco. Zawiera dużo witamin i cennych minerałów.
Vilcacora natomiast to liana, której długość może dochodzić do 30m. Wykorzystuje się korzenie, liście i łodygi. Vilcacora zawiera alkaloidy podnoszące odporność organizmu. Posiada działanie przeciwzapalne i przeciwnowotworowe. Obniża poziom cholesterolu, zawiera antyutleniacze. Ceny specyfików z Vilcacory są w Polsce dosyć wysokie. Jeśli ktoś więc potrzebuje konkretnego lekarstwa lub preparatu – to zakup na miejscu jest rzeczywiście bardzo opłacalny.
Czytając ulotki dotyczące działania andyjskich ziół i specyfików można by dojść do wniosku, że mieszkańcy Andów powinni żyć 120 lat, albo i więcej. Nie jest to prawdą. Średni czas życia w Peru to 62 lata dla mężczyzn i 66 lat dla kobiet. Dla Polski te wskaźniki wynoszą odpowiednio 73 lata dla mężczyzn i 81 lat dla kobiet (według danych na rok 2015).
Wracając do objawów choroby wysokościowej i walki z nimi – w aptekach peruwiańskich można kupić tabletki zwane „Soroche” pozwalające złagodzić skutki przebywania na dużych wysokościach. Ich skład chemiczny sprowadza się do sporej dawki kwasu acetylosalicylowego (czyli aspiryny) i kofeiny. Aspiryna rozrzedza krew, co ułatwia transport tlenu do komórek. Kofeina z kolei podnosi ciśnienie krwi, czyli również zwiększa transport tlenu. Można by się spodziewać, że picie dużej ilości kawy powinno pomóc. Ja osobiście na wysokościach powyżej 3000 m traciłem zupełnie ochotę na kawę w jakiejkolwiek postaci, wręcz przestała mi smakować. W normalnych warunkach niechęć do kawy uznałbym za objaw jakiegoś poważnego schorzenia. W Peru natomiast wypijałem duże ilości herbaty z liści koki.

Z Arequipy pojechaliśmy na północ. Droga serpentynami wznosiła się ostro do góry. Widoki były fantastyczne. W oddali widać było dymiący wulkan Sabancaya wznoszący się na wysokość nieomal 6 tysięcy metrów. Sznur ciężarówek powodował, że chwilami jechaliśmy bardzo wolno. Gdy tylko droga była wolna, kierowca wyprzedzał samochody lewym pasem, momentami wywołując u nas dreszcze emocji. Generalnie droga trudna, miejscami mocno eksponowana i bardzo ruchliwa. Chwila nieuwagi mogłaby skończyć się tragicznie. Mijaliśmy miejsce, gdzie w 2002 roku minibus wynajęty przez chorzowskie biuro podróży stoczył się w przepaść. Zginęło wówczas osiem osób w tym sześcioro Polaków.
Wyjechaliśmy na wysokość 4000 m. npm. W głowie zaczynało szumieć, a ciało zrobiło się ociężałe. Żuliśmy liście koki, a na postoju rzuciliśmy się do baru, aby kupić herbatę. Szklaneczki z grubego szkła wypełnione były różnymi ziołami, gałązkami i sam Bóg wie czym jeszcze – ważne, że wypicie przynosiło pewną ulgę. Wreszcie wyjechaliśmy na najwyżej położoną przełęcz na naszej wyprawie – Patapampę. Widoki fantastyczne, ale co kilka kroków brakuje powietrza. Bardzo popularne miejsce wśród turystów – bo w końcu można być wyżej, niż najwyższy szczyt Europy, a dostać się tam można bez większego problemu autobusem. Po zachwytach nad widokami okazuje się, że powrót do autobusu już jednak wymaga pewnego wysiłku, o czym pisałem wcześniej.

A potem zjazd do Chivay. Ponad 1200 metrów w dół. Znajdujemy się na wysokości 3600 m. W Europie do tej wysokości dowożą turystów nieliczne kolejki linowe w Alpach. Tutaj – miasteczko Chivay to miejscowe centrum handlowe z uroczym targowiskiem, na którym można kupić wszystko: mięso z alpaki, różne podroby, sery – ale również bardzo tanie płyty z muzyką andyjską, elektronikę, ubrania. Zaskoczyła mnie ilość gatunków fasoli, kukurydzy i różnego rodzaju zbóż sprzedawanych z wielkich worków.

Na miejscowym ryneczku, nazywającym się oczywiście Plaza de Armas, czeka nas mała niespodzianka. Pomnik z napisami po hiszpańsku, polsku i angielsku informujący:
„Z tego miejsca w dniu 13 maja 1981 roku wyruszyła Polska Akademicka Wyprawa Kajakowa CANOANDES 79, która zdobyła i odkryła dla Peru i Świata najgłębszy na ziemi kanion Rio Colca”. Odkrywcy: Jacek Bogucki, Zbigniew Bzdak, Piotr Chmieliński, Stefan Danielski, Krzysztof Kraśniewski, Jerzy Majcherczyk, Andrzej Piętowski.

Dodam z kronikarskiego obowiązku, że wyprawę Canoandes 79 zorganizował Akademicki Klub Turystyki Kajakowej Bystrze z Krakowa.
Na tym samym placu peruwianki w swoich strojach i ślicznych melonikach pozują za kilka soli do zdjęć. Można sobie zrobić np. zdjęcie z maleńką lamą na rękach. Obok peruwiańczyk upycha rodzinę i bagaże do trójkołowego pojazdu zrobionego na bazie motoroweru.Takich pojazdów dużo się widzi w całym Peru.Na głębokiej prowincji często są jedynym rodzinnym środkiem lokomocji.

Na nocleg pojechaliśmy do małego miasteczka Coporaque. Kilka kilometrów od hotelu był basen z gorącymi źródłami, Wszystko przyczepione do stromych zboczy kanionu,który w tym miejscu nie jest jeszcze bardzo głęboki . Nieco niżej płynęła rzeka Colca. Na brzegu widoczne były miejsca z których wypływały wody siarczkowe. Niestety w basenie było tak ciasno, że ciężko było wejść.

W pamięci pozostanie konieczność wyjścia z powrotem po schodach około 40 m w pionie. To w końcu pierwszy dzień spędzony na tak dużej wysokości. Serce znowu chciało wyskoczyć, ale daliśmy radę.

