Pueblo Nuevo de Nuestra Señora de La Paz
Po przekroczeniu granicy boliwijskiej pojechaliśmy w kierunku La Paz. La Paz to nie jest pełna nazwa miasta – albowiem ta brzmi: Nuestra Señora de La Paz. Jechaliśmy przez płaskowyż Altiplano. To lekko pofalowana równina w sercu Andów, w miejscu, w którym ten łańcuch górski osiąga największą szerokość. Porównywana jest do Tybetu – z tym, że Tybet jest bez porównania większy i leży nieco wyżej. Altiplano leży w obrębie 4 krajów: Peru, Boliwii, Chile i Argentyny. Średnia jego wysokość to około 3800 metrów. Płaskowyż ograniczony jest ze wszystkich stron pasmami górskimi sięgającymi 6 tys. metrów. Rozciąga się od terenów położonych na północ od jeziora Titicaca około 1000 kilometrów na południe. W plejstocenie znaczną część obszaru pokrywało morze śródlądowe. Najciekawszymi pozostałościami tego morza jest jezioro Titicaca i Salar de Uyuni w Boliwii. Szacuje się, że linia brzegowa tego morza biegła ok. 45 metrów wyżej niż obecna powierzchnia jeziora Titicaca. Pokłady soli powstałe po odparowaniu morza stworzyły Salar de Uyuni w Boliwii – największe solnisko na świecie. Znajdują się tam ogromne pokłady litu – tak niezbędnego do produkcji akumulatorów w urządzeniach powszechnego użytku, a także w samochodach elektrycznych. Jest to ok. 50-70% światowych zasobów tego surowca. W branży motoryzacyjnej twierdzi się, że klucz do przyszłości motoryzacji trzyma właśnie Boliwia, kontrolując wydobycie litu. Inną ciekawą pozostałością po plejstoceńskim morzu jest jezioro Poopo – a właściwie niecka po nim, ponieważ w styczniu 2016 roku jezioro całkiem wyparowało. Zasilająca je rzeka Desaguadero, ta sama, która wypływa z jeziora Titicaca w pobliżu przejścia granicznego, które właśnie przekroczyliśmy, niosła zbyt mało wody i wskutek wzrostu średniej temperatury i zwiększenia parowania jezioro wyschło całkowicie. Rząd boliwijski ogłosił tę strefę rejonem klęski ekologicznej.
Jechaliśmy więc przez Altiplano, przed nami w oddali widać było ośnieżone szczyty Kordyliery Królewskiej sięgające 6500 metrów. Za tym grzbietem teren opada gwałtownie – na odległości 100 km tracąc 6000 metrów wysokości – przechodząc w dżunglę. Sama Kordyliera Królewska ciągnie się na długości 125 km i jest zawsze mocno zaśnieżona, na co wpływ mają wilgotne masy powietrza docierające znad Amazonii. Ilość śniegu jest nieporównywalnie większa niż po zachodniej stronie Andów. W górach tych zlokalizowany był jedyny w Boliwii ośrodek narciarski – Chacaltaya. Znajdował się tam najwyżej położony na świecie wyciąg – na wysokości 5300 m. Ośrodek oferował kilka tras na lodowcu Chacaltaya. Niestety wskutek ocieplenia klimatu lodowiec w 2009 roku całkowicie się stopił. Ośrodek przestał funkcjonować, choć wciąż można tam pojeździć na nartach – ale na tej wysokości to jednak pewien wyczyn. Topniejące lodowce Andów stanowią istotne zagrożenie. Dotychczas były one źródłem wody dla 80 mln. Ludzi. W ostatnich latach kilka lodowców całkowicie się stopiło. Brak wody oraz brak energii zagraża takim krajom jak Peru, Boliwia czy Ekwador – albowiem prawie połowę energii uzyskują one z elektrowni wodnych zasilanych między innymi wodami z topniejących lodowców andyjskich.

Tablica informacyjna w Tiwanaku
Po około godzinie jazdy spędzonym albo na drzemaniu albo na podziwianiu widoków, dotarliśmy do muzeum w Tiwanaku. Rozległe zabudowania muzeum sprawiają wrażenie nieco pustych. W środku oprócz nas było zaledwie kilka osób. W jednej z sal wystawiony jest monolityczny posąg Pachamamy – matki ziemi. To największy monolit, jaki znaleziono w kompleksie Tiwanaku. Ma ponad 7m wysokości. Na zewnątrz – stragany z wszelkimi dobrami dla turystów. W odróżnieniu od innych tego typu miejsc na świecie – były to rzeczy miejscowego rękodzieła. Jak widać produkcja posągów Pachamamy czy Pachacondora nadal jest tańsza w Andach niż w Chinach. Polska przeszła już „na drugą stronę mocy” bo zakopiańskie ciupagi, czy kapelusze z muszelkami często pochodzą z Chin.

W pewnym oddaleniu od muzeum znajdują się odkryte stanowiska archeologiczne – świątynia Kalasasaya i piramida Akapana, na którą niestety nie zdążyliśmy wyjść. Nabieranie szacunku dla biurokracji boliwijskiej na przejściu granicznym kosztowało nas po prostu zbyt wiele czasu. Określenie piramida – to może jest trochę na wyrost. W każdym razie jest to wzniesienie ze śladami murów, a sięga ono na wysokość ok. 17 metrów. Na szczycie znajdują się pozostałości zbiornika wodnego – prawdopodobnie gromadzeniu wody i nawadnianiu służyła cała ta budowla. Kalasasaya to wielki plac oraz zagłębiona w ziemi konstrukcja o kształcie prostokąta z kamiennymi ścianami w których wyrzeźbione są głowy. Przyszło mi skojarzenie z głowami w komnatach wawelskich, ale nie jestem pewien czy jest ono w pełni trafione. Sama konstrukcja jest idealnie dopasowana do stron świata, a w całym kompleksie znajduje się jeszcze brama księżyca i brama słońca. Całość była wykorzystywana prawdopodobnie do obserwacji astronomicznych. Replika świątyni Kalsasaya znajduje się na jednym z głównych placów w La Paz.

Po zamknięciu muzeum zjedliśmy obiad w pobliskiej restauracji przypominającej swym wyglądem kiepską stołówkę studencką z lat 80-ych XX wieku i mogliśmy pojechać do La Paz. Do przejechania mieliśmy około 70-80 kilometrów, ale ruch samochodowy zwiększał się w miarę zbliżania się do miasta. Następny dzień – 6 sierpnia – to było święto narodowe Boliwii. Mieliśmy więc swoistego rodzaju szczęście.
La Paz to najwyżej na świecie położone miasto, które zamieszkuje ponad milion osób. Jest to siedziba rządu, choć konstytucyjną stolicą jest Sucre. Aglomeracja La Paz obejmuje właściwie 2 miasta – La Paz i El Alto położone na płaskowyżu. To w El Alto, na wysokości ponad 4000 metrów jest lotnisko międzynarodowe i tam lądował niedawno papież Franciszek, który poprosił o przygotowanie mu porcji liści koki do żucia. Trudno mu się dziwić, my w autobusie też żuliśmy…
Miasto leży na skraju Altiplano, w miejscu gdzie płaskowyż się kończy i opada dość gwałtownie kilkaset metrów w dół. Właściwie to gigantyczny naturalny amfiteatr, który został zabudowany niemal w każdym calu. Wjeżdżaliśmy do La Paz po zmroku. Widok był naprawdę imponujący. Światła zabudowań rozlicznymi kaskadami opadały z Altiplano w dolinę wokół której powstało miasto. Przewodnik uprzedził aby podziwiać, bo w dzień to już nie wygląda tak pięknie – i miał rację.

Miasto założono w 1548 roku jako Pueblo Nuevo de Nuestra Señora de La Paz (Nowe Miasto Matki Boskiej Pokoju). W tym samym roku rozpoczęto budowę kościoła Św. Franciszka, którą ukończono w 1581 roku. Kościół został zniszczony wskutek niezwykle silnych opadów śniegu w latach 1608 i 1612. Obecny kościół powstał w połowie XVIII wieku. Jest jednym z ciekawszych zabytków architektonicznych La Paz. Inne ciekawe budynki znajdują się wokół Plaza Murillo – katedra, pałac prezydencki. Niespodzianka. Główny plac starego centrum La Paz nie nazywa się Plaza de Armas, jak przystało na Ameryke Łacińską. Skąd taka zmiana? W Boliwii istnieje duży kult wojskowych i bohaterów walk o wolność kraju. Pedro Domingo Murillo był jednym z nich – za udział w powstaniu przeciw władzy królewskiej Hiszpanii w 1810 został stracony w La Paz. Plaza de Armas po uzyskaniu niepodległości przemianowano na Plaza 16 de Julio (Plac 16 lipca) a w 1902 roku na Plaza Murillo. Powstanie Murillo uważa się za początek ruchów,które doprowadziły do niepodległości państw kontynentu południowoamerykańskiego.
Ilość różnych bohaterów narodowych czczonych przez Boliwijczyków jest ogromna – ale trudno się dziwić, skoro na przestrzeni 190 lat niepodległości kraj miał 80 prezydentów. Obecny, Evo Morales, panujący od 2006 roku jest najdłużej urzędującym prezydentem tego państwa. Nie tylko prezydenci są przedmiotem czci ze strony społeczeństwa. W La Paz do dzisiaj istnieje pomnik Che Guevary.
Narzekamy na naszą, polską demokrację. W ciągu ostatnich 25 lat mieliśmy 5 prezydentów. Każdy ma zagorzałych zwolenników i przeciwników. Próbuję sobie wyobrazić emocje społeczne towarzyszące zmianie prezydenta średnio co 2 lata i 4 miesiące – jak w Boliwii. Pozostawałoby nam tylko picie melisy lub innych mieszanek uspokajających.

Kibiców piłkarskich zainteresuje zapewne fakt, że w La Paz znajduje się najwyżej położony stadion posiadający homologację FIFA. Rozgrywane na nim mecze międzynarodowe z reguły kończą się porażką gości, którzy bez aklimatyzacji na tej wysokości po 20 minutach gry tracą ochotę do życia, o kopaniu piłki nie wspominając. Czy kogoś dziwi zatem fakt, że Boliwia w 1963 roku zdobyła puchar Copa America, gdyż zawody odbywały się właśnie w La Paz? To właściwie jedyny sukces tej reprezentacji.
Podjechaliśmy w okolice hotelu. Hotel o obiecującej nazwie „Gloria” czasy swojej glorii przeżywał dobre 40 lat wcześniej. Imponujący był widok z restauracji na ostatnim piętrze. Posiłkom też niewiele można było zarzucić, część pokoi miała świetny widok na miasto natomiast inna część na wysoki budynek biurowy oddalony o 4 metry od okna. Dobrze, że było święto, więc biura pozostawały puste. Z pozostałą infrastrukturą hotelową już było gorzej. Na drugi dzień okazało się, że kiedy w naszej łazience dokonywaliśmy ablucji – w pokoju piętro niżej woda lała się z sufitu. Pech chciał, że ten pokój zajmowała nasza pani doktor, która 2 dni wcześniej przywróciła mnie do życia. Ograniczyliśmy więc delikatnie korzystanie z łazienki, umawiając się, że przed użyciem walniemy 3 razy głośno w rury – aby sąsiedzi na dole zdążyli opuścić pole rażenia. Może trzeba było interweniować w hotelu – ale znając miejscową mentalność pewnie skończyłoby się na kilkudziesięciu minutach uśmiechania i kiwania ze zrozumieniem głowami a następnie stwierdzeniu że dzisiaj się nic nie da zrobić (bo to święto), tylko „la mañana”,czyli jutro. Ponieważ „la mañana” nas już miało nie być – więc nie miało to większego sensu.
