Amazonka z okna samolotu
12 godzin lotu z Amsterdamu – nr rejsu KL743, linie KLM. Po starcie przez chwilę można podziwiać kanał La Manche. Potem wlatujemy w chmury. Lecimy nad Wielką Brytanią, ale sam ląd pojawia się tylko chwilami. A potem już tylko Atlantyk. Monitor pokazujący gdzie jesteśmy sugeruje, że gdzieś na horyzoncie po lewej stronie powinny być Azory – ale nic nie widać. Trochę chmur i bezmiar oceanu. Po ok 8 godzinach widać ląd. Jesteśmy w strefie równikowej – więc to rejon deszczów tropikalnych.
Dużo chmur burzowych, a spomiędzy nich widać Amerykę Południową. Wlatujemy nad ląd nad Gujaną. Można rozróżnić pasek plaży, jakieś nieliczne miasteczka – a dalej to już jedynie dżungla. I tak przez następne 3 godziny. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu są rzeki – a wśród nich najpotężniejsza rzeka świata, Amazonka. Jej długość to kwestia problematyczna, gdyż może się zmieniać co sezon tworząc lub zalewając kolejne meandry. Niektóre źródła podają, że dłuższą rzeką jest Nil, natomiast stwierdzenie „najpotężniejsza” nie budzi niczyjego sprzeciwu.

Wraz z dorzeczem obejmującym 7 mln kilometrów kwadratowych to największy na świecie zasób słodkiej wody. Fakt odkrycia źródeł Amazonki to również kwestia sporna. Bezsporne jest to, że uczynił to Polak, tylko nie wiadomo…który. Jacek Pałkiewicz był kierownikiem oficjalnej wyprawy geograficznej odbytej pod patronatem wiceprezydenta Peru, która w 1996 roku dokonała pomiarów pozwalających na stwierdzenie, gdzie są źródła. Natomiast miejsce to spenetrował i opisał 11 lat wcześniej Piotr Chmieliński podczas wyprawy kajakowej sponsorowanej przez National Geographic. Spór trwa – i tak już chyba pozostanie. Patrząc z góry na bezmiar rzeki, która leniwie toczy wody meandrami przez dżunglę amazońską nie można nie czuć podziwu dla wyprawy Chmielińskiego, która kajakami przepłynęła od źródeł do ujścia – ponad 6 tys.km. W niektórych miejscach rzeka rozlewa się tworząc kilka lub kilkanaście nurtów, liczne wyspy i rozlewiska. Wszędzie dookoła dżungla.

Po 3 godzinach lotu nad tym krajobrazem – wreszcie widać góry. Najwyższe szczyty są ośnieżone. Przekraczamy główny grzbiet Andów i obniżamy lot, po kilkudziesięciu minutach lądując w Limie. Jest godzina 18 i właśnie zachodzi słońce – mniej więcej o tej samej porze przez cały rok. Samo lotnisko i miasto znajduje się jednak pod grubą kołdrą z chmur, a powietrze przesycone jest mgłą. To garua – zjawisko charakterystyczne dla tego rejonu Peru. Dzięki niej w mieście jest wilgotno. Taki stan w czasie tutejszej zimy ( a naszego lata) potrafi trwać nawet 6 miesięcy. Słońce nie dociera do ziemi sprawiając, że temperatura odbiega od naszych wyobrażeń o klimacie podrównikowym. W dzień to zaledwie 20-21 stopni, w nocy około 16. A znajdujemy się przecież tylko 12 stopni poniżej równika! To szerokość geograficzna Angoli, północnych wybrzeży Madagaskaru i Australii. Po drugiej stronie kontynentu w brazylijskim mieście Salvador na tej samej szerokości geograficznej temperatura w nocy nie spada poniżej 20 stopni, a w dzień dochodzi do 28. Przyczyną jest zimny prąd Humboldta, zwany też prądem peruwiańskim, osuszający i ochładzający klimat. Dzięki temu w mieście, w którym roczna suma opadów nie przekracza 20-30 mm jest stosunkowo zielono. Kilkaset km na południe ten sam klimat, ale już bez mgły sprawia, że zaczyna się tam Atacama – jedna z najbardziej suchych pustyń na świecie.

Na lotnisku trochę czasu nam schodzi na kontroli. Po około godzinie wreszcie możemy wsiąść do autobusu. Droga do hotelu zajmuje nam grubo ponad godzinę. Na pierwszy rzut oka miasto sprawia dosyć chaotyczne i nieuporządkowane wrażenie. Najbardziej chaotyczny dla przybysza z Europy jest jednak ruch samochodowy. Może się wydawać, że przepisów tu nie ma. Kto bardziej odważny lub nawet bezczelny – ten ma pierwszeństwo. Pierwsze wrażenia bardzo bliskie do tego, co się widzi w miastach Bliskiego Wschodu. Do tego obrazka nie pasują tylko napisy i reklamy w języku hiszpańskim. Polska przewodniczka mieszkająca w Limie, Anna, podaje nam informacje o mieście. Mieszka tu 1/3 wszystkich Peruwiańczyków – ok 8-9 mln. Dokładna ilość mieszkańców jest trudna do oszacowania, duża część z nich mieszka w fawelach, gdzie władza zagląda rzadko. Przejeżdżamy do dzielnicy Miraflores, która przypomina Europę w znacznie większym stopniu, niż pozostała część miasta. W hotelu szybki poczęstunek i okazja do wymiany pieniędzy na miejscowe Nowe Sole. Najlepiej jest wymieniać dolary amerykańskie, ale pewne serie tych banknotów mogą nie być wymienione przez tubylców. Trudno jest też „upłynnić” banknoty 100-dolarowe. Jest późny wieczór, a nasz przewodnik zarządza pobudkę na godzinę 5 rano. W sumie jednak jest nam to zupełnie obojętne, bo nasz zegar biologiczny po zmianie czasu o 6 godzin i tak zupełnie zwariował. Jak zeszliśmy na śniadanie – to wszyscy już byli w jadalni, a niektórzy nie spali od kilku godzin.

