Esy i floresy na niebie czyli linie Nazca
Kolejny dzień to znowu pobudka skoro świt (czy kiedyś się wreszcie wyśpimy?) – tym razem musimy być wcześnie na lokalnym lotnisku. Na miejscu czeka nas normalna procedura – sprawdzenie dokumentów i bagażu oraz dodatkowo ważenie. Weszliśmy do poczekalni – a tam już typowo latynoskie porządki. Nikt nic nie wie, każą czekać. Po godzinie oczekiwania, kiedy nieco zirytowani byliśmy faktem, że kilka innych grup, które przyjechały po nas już zostały poproszone do samolotów – wreszcie przyszła kolej na nas. Podszedł do nas młody człowiek w mundurze pilota – tak na oko mógł mieć około 18 lat – i powiedział, że zaprasza nas do samolotu. Wcześniej w kraju mieliśmy sporo obiekcji co do organizacji tych lotów, zwłaszcza mając w pamięci kilka wypadków w przeszłości. Jednak po tej serii wypadków wdrożono nowe procedury i wygląda na to, że obecnie organizacji tych lotów nie można nic zarzucić. Młody człowiek okazał się bardzo kompetentny, jego angielski był bez zarzutu. Był drugim pilotem. Najpierw poinformował nas o tym co i jak będziemy oglądać, a potem zaprosił do samolotu. Była to Cessna Grand Caravan. Zapewne producent samolotu nie wie, że określenie „karawan” w języku polskim brzmi dość jednoznacznie i nie jest chyba najszczęśliwszą nazwą dla statku powietrznego. Cóż było robić – po pamiątkowym zdjęciu z pilotem zaczęliśmy wsiadać. Do samolotu mogło wsiąść oprócz dwóch pilotów 10 osób. Każdy miał miejsce przy oknie. Troszeczkę zamieszania i śmiechu zrobiło rozsadzanie pasażerów, ponieważ samolot musiał być symetrycznie obciążony. Wyjaśniło się, po co było ważenie. Obsługa rozsadzała wszystkich według przygotowanego rozdzielnika. Być może przygotowanie listy miejsc zajęło u nas tyle czasu. Ciekawe ile trwa taka procedura, jeśli pojawi się grupa turystów o ponadstandardowych rozmiarach, wyhodowanych na hamburgerach i Coca Coli, z których z reguły spora część ledwo mieści się w standardowym fotelu lotniczym?


Przed startem drugi pilot jeszcze raz objaśnił zasady oglądania rysunków na płaskowyżu. Kluczową sprawą według niego było patrzenie przez swoje okno – zawsze na koniec skrzydła. Osobom wrażliwym miało to pomóc w przeciwdziałaniu objawom choroby lokomocyjnej, a wszystkim miało gwarantować zobaczenie w pełni wszystkich rysunków. Faktycznie: na 10 osób w samolocie, tylko jedna po wylądowaniu była mocno blada. Zważywszy na fakt, że cały czas lataliśmy wywijając na niebie esy i floresy – to chyba nie najgorszy wynik. Każdy z rysunków, które mieliśmy zobaczyć – a było ich 12 – oblatywaliśmy dwukrotnie, robiąc zakręt na lewym i prawym skrzydle – tak, aby każdy z nas miał pełny widok. Pierwszy pilot prowadził samolot w taki sposób, że w momencie zbliżania się do obiektu wykonywał ciasny zakręt, a końcówka skrzydła wskazywała dokładnie na obiekt, który był godny uwagi. Odwrócenie wzroku od końcówki skrzydła mogło powodować lekkie mdłości – bo przecież człowiek nie jest przyzwyczajony do faktu, że horyzont widziany przez przednie szyby samolotu jest ustawiony niemal pionowo. W sumie jednak ten przelot to było rewelacyjne przeżycie. Co do kwalifikacji pilotów, jakości samolotu i organizacji nie można mieć żadnych uwag. A drobne oczekiwanie i wrażenie że „nikt nic nie wie” w poczekalni? To była tylko drobna namiastka tego, czego doświadczyliśmy 2 tygodnie później na międzynarodowym „profesjonalnym” lotnisku w Cuzco. No cóż, w końcu znajdowaliśmy się w Ameryce Łacińskiej!

Co do samych obrazów i figur – to ich rozmiar faktycznie robi wrażenie. Wykonanie tych dzieł w takiej skali bez doglądania z powietrza wydaje się dosyć trudnym zadaniem. Dopiero z samolotu widać je w całej okazałości. Figury zwierząt, roślin czy ludzi i jakby inną ręką wykonane długie linie i figury geometryczne – prostokąty, trójkąty Czy twórcy tych obrazów mieli możliwość zobaczenia swojego dzieła w pełnej krasie? Pająk, małpa czy koliber naprawdę mogą się podobać, a rysunek UFO-ludka nieodparcie przywodzi na myśl teorie głoszone przez Ericha von Dänikena. Prawdziwa przyczyna i motywacje autorów tych dzieł pozostaną pewnie nieodkryte.

Po obiedzie czekał na nas autobus i ruszyliśmy w dalszą drogę, do Arequipy. To wyjątkowo długi odcinek – blisko 600 km. Po drodze, w okolicy miejscowości Tanaka, zatrzymaliśmy się przy plaży nad Oceanem. Nie wiem, czy określenie plaża jest tu właściwe. Ale jak nazwać inaczej pustynię, która kończy się nad oceanem? Atacama w tym miejscu ma szerokość kilkunastu kilometrów. Tak, czy inaczej piasku było mnóstwo – również na drodze, gdzie tworzył malownicze zaspy. Woda w oceanie zimna, choć to przecież prawie równik. Wiatr niezwykle mocny i też chłodny. W samej miejscowości Tanaka kolejny postój – okazja do wypicia herbaty i kupna miejscowych smakołyków – miodu, czekolady i cukierków. Zaczynało zmierzchać. Jakiś czas jeszcze jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, a potem zaczęliśmy się wspinać w góry – Arequipa leży na wysokości 2300 m. Większość trasy przespaliśmy, bo przecież ”jutro też jest dzień” i pewnie tradycyjnie trzeba będzie wstać o 5 rano. Na miejsce przybyliśmy około północy.


