Misti, Chachani i Pichu-Pichu czyli Arequipa w cieniu wulkanów
Tym razem jednak wyspaliśmy się – wyjście do miasta było zaplanowane dopiero na godzinę 8.30 rano. Drugie co do wielkości miasto Peru zamieszkuje około 780 tysięcy mieszkańców. Nazywane jest „białym miastem” z uwagi na kolor większości budynków zbudowanych z lokalnego kamienia. Arequipa jest pięknie położona i ma fantastyczny, jak dla Europejczyka, klimat. Średnia temperatura dnia to nieco powyżej 20 stopni Celsjusza i jest podobna przez cały rok. Upałów nie ma, temperatura w dzień rzadko przekracza 26 stopni. Średnia temperatura nocy to około 10 stopni, 1-2 stopnie mniej w miesiącach „zimowych” czyli od czerwca do sierpnia. Przymrozków nie ma, opady bardzo skąpe od grudnia do marca. W sumie w ciągu roku jest kilka dni deszczowych. Mimo małej ilości deszczu jest to region rolniczy, dobrze nawodniony dzięki wodzie spływającej z okolicznych wulkanów. W tym dniu przydały nam się krótkie spodnie i koszulki z krótkim rękawem – później w zasadzie zawsze trzeba było nosić coś cieplejszego.

Pozycja drugiego co do wielkości miasta w Peru zobowiązuje. Również do tego aby tak, jak w większości państw, w tym Polski, rywalizować o palmę pierwszeństwa ze stolicą. Jeśli chodzi o klimat to nie ma żadnych wątpliwości, że Arequipa bije stolicę na głowę. Jeszcze na lotnisku w Amsterdamie w kolejce do bramek rozmawialiśmy z Peruwianką z Limy wracającą do domu z Europy. Pytając o nasze plany w Peru, mówiła, że mieszkańcy Arequipy lubią podkreślać swoją odrębność i zamiłowanie do swojego regionalizmu. Tendencje do decentralizacji są w tym regionie bardzo silne, a jeden z wybitnych historyków peruwiańskich, Jorge Basadre, twierdził, że „Arequipa to pistolet wycelowany w serce Limy”. Podobne animozje pomiędzy największymi miastami można znaleźć prawdopodobnie w każdym kraju. Aby nie szukać daleko – przychodzi na myśl rodzime porównanie oraz piosenka Grzegorza Turnaua i Andrzeja Sikorowskiego „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”.

Przed przybyciem Hiszpanów tereny Arequipy były zamieszkane. Było to naturalne z uwagi na dogodne warunki i dostępność wody z rzeki Chili. Legenda mówi, że nazwa miasta pochodzi od określenia „Ari qepay”,co w miejscowym języku miało oznaczać „tu pozostaniemy”. Hiszpańskie miasto zostało założone w 1540 roku, a jego założycielem był Garci Manuel de Carbajal, emisariusz zdobywcy Peru, Francisco Pizarro. Pierwotna nazwa brzmiała „Villa de la Asunción de Nuestra Señora del Valle Hermoso de Arequipa”. Na pierwszy rzut oka widać, że pomysłodawca nazwy w życiu nie musiał wypełniać żadnych formularzy urzędowych…
W czasach kolonialnych Arequipa uzyskała duże znaczenie ekonomiczne dzięki lojalności dla korony hiszpańskiej,co było właściwie naturalne.Miasto bowiem zamieszkiwali w znakomitej większości potomkowie Hiszpanów. Po uzyskaniu przez Peru niepodległości w XIX wieku było stolicą tego kraju przez 48 lat. Od 2000 roku centrum Arequipy znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. W 2001 roku miasto nawiedziło silne trzęsienie ziemi o sile 8.4 stopnia.Uszkodziło ono wiele budynków.

Arequipa jest siedzibą sądu konstytucyjnego Peru. Najbardziej znanym mieszkańcem Arequipy jest laureat literackiej nagrody Nobla z 2010 roku, Mario Vargas Llosa, który urodził się w tym mieście w 1936 roku. Miasto położone jest na płaskowyżu otoczonym przez 3 wulkany, z których najbardziej okazały – choć nie najwyższy – to Misti. Ostatnia niewielka erupcja tego wulkanu miała miejsce w 1985 roku, a poprzednia w roku 1787. Niektóre źródła podają, że był to rok 1784 – ja opierałem się na informacjach „Global Volcanism Program” prowadzonych przez Smithsonian Institution (http://volcano.si.edu/) . Wulkan nadal jest czynny i wykazuje niewielką aktywność sejsmiczną. Pozostałe 2 wulkany nie są aktywne. Noszą równie wdzięczne nazwy: Pichu Pichu i Chachani . Ten ostatni swoją wysokością przekracza 6 tysięcy m npm.

Wiele miast latynoamerykańskich posiada główny plac nazywający się „Plaza de Armas” – czyli Plac Broni. To odpowiednik hiszpańskich „Plaza Mayor”. W Ameryce łacińskiej podbitej przez konkwistadorów taki plac miał znaczenie militarne, często służył jako miejsce zebrań w przypadkach zagrożenia. Obecnie często na tych placach odbywają się parady wojskowe i inne uroczystości z udziałem służb mundurowych. Plaza de Armas w Arequipie to miejsce, które w dzień i w nocy tętni życiem i w zasadzie jest miejscem wypadowym do zwiedzania miasta. Większość ciekawych obiektów znajduje się w okolicy. Był niedzielny poranek i akurat miała miejsce jakaś lokalna uroczystość – oczywiście z wojskiem, orkiestrą i przemówieniami. Taki lokalny folklor. W końcu nazwa placu zobowiązuje.

Najważniejsze zabytki Arequipy to katedra przy głównym placu szczycąca się największymi organami w Ameryce Południowej, i położony przecznicę dalej klasztor Santa Catalina zbudowany w XVI wieku w jakże typowym dla półwyspu iberyjskiego stylu Mudejar łączącym elementy stylu romańskiego, gotyckiego z wpływami arabskimi oraz kościół jezuitów znajdujący się w rogu Plaza de Armas po przeciwnej stronie katedry. Szczególnie interesująca jest historia klasztoru, pozwala bowiem popatrzeć na tworzące się po podboju społeczeństwo XVI wiecznego Peru przez pryzmat ówczesnego stylu życia i zwyczajów. Tradycją rodzin hiszpańskich było, że drugi syn lub córka poświęcało swe życie służbie zakonnej.

Klasztor w Arequipie przyjmował tylko panny z wyższych klas, a każda z nich musiała ze sobą przynieść posag, w wysokości 2400 srebrnych monet. Szacując według współczesnych wartości – odpowiada to ok. 150 tys. USD. Dodatkowo bogate panny mogły ze sobą przynieść porcelanę, jedwabne zasłony i inne składniki majątku. Mogły mieć też służbę. W szczycie rozkwitu klasztoru w jego zabudowaniach mieszkało 450 osób, z czego 2/3 stanowiła służba. Klasztor był dwukrotnie zniszczony przez silne trzęsienia ziemi – ostatnie z nich miało miejsce w roku 1960. Spacerując uroczymi, kolorowymi uliczkami terenów klasztornych odnosi się wrażenie, że było to zupełnie odrębne miasto. Urocze zaułki nieodparcie kojarzą się ze starymi dzielnicami Sewilli czy Kordoby. Tylko ośnieżony szczyt wulkanu Chachani w tle przypominał, że jednak jesteśmy na innym kontynencie.
Po wizycie w klasztorze pojechaliśmy na punkt widokowy, z którego fantastycznie było widać wulkany otaczające Arequipę. Była również okazja do zakupu miejscowych specjałów stworzonych na bazie miejscowych roślin – Vilcacory i Maki. Zakupiliśmy też liście koki – bo na drugi dzień miały nam się przydać do neutralizacji objawów choroby wysokościowej. Nalewkę z maki chcieliśmy przewieźć do Polski. Skończyło się na jej wypiciu w Peru – ale o tym później.

Obiad w jednej z miejscowych restauracji był okazją do spróbowania steku z alpaki. W smaku trochę przypominało mięso jelenia, ale mówiąc szczerze, jakoś nie specjalnie przypadło mi do gustu. Steku z dobrej wołowiny nic nie jest w stanie pobić. Za to czerwone wino peruwiańskie, które nam zaserwowano było znakomite. W Polsce wino z tego kraju raczej ciężko kupić. Po południu trochę powłóczyliśmy się po uliczkach Arequipy – aby wieczorem znowu spotkać się w restauracji na dachu jednego z domów na rogu Plaza de Armas. W zasadzie mijała trzecia doba naszego pobytu i już wydawało nam się, że aklimatyzacja przebiegła poprawnie. Udało się też dostosować organizm do zmiany czasu – to wszystko pozwoliło trochę posiedzieć „w noc”.

Sympatyczne miejsce z fantastycznym widokiem na główny plac Arequipy pięknie oświetlony stylowymi lampami, do tego specjały miejscowej kuchni, pisco i wino – wszystko to pozwoliło nam poczuć, że „Peru zostało już przez przez nas zdobyte”. W następnych dniach mieliśmy poznać tę nieco inną stronę aklimatyzacji w wysokich Andach….

