Lato, jesień, zima, wiosna – do Boliwii droga prosta.
Czy Edward Stachura pisząc wiersz „Ach kiedy znowu ruszą dla mnie dni”, z którego pochodzą powyższe słowa miał przed oczami drogi wiodące do La Paz? Wprawdzie wiersz ten dotyczy bardziej rozterek uczuciowych autora, ja jednak patrząc przez przednią szybę autobusu na prostą drogę słyszałem w uszach piosenkę właśnie do tych słów poety. Na szczęscie nie miałem rozterek uczuciowych – bardziej odczuwałem ulgę, że wczorajsze problemy żołądkowe już minęły i że Ameryka Łacińska widziana z perspektywy innej niż toaleta znów zaczyna mnie cieszyć.
Dzień w Puno zaczął się tradycyjnie od pobudki gdzieś około godziny 5. Musieliśmy przepakować bagaże, bo za 3 dni wracaliśmy do tego samego hotelu, a do Boliwii wystarczyło zabrać najbardziej niezbędne rzeczy. Reszta miała pozostać na miejscu. Na śniadanie było lekko suche pieczywo, na co ja specjalnie uwagi nie zwracałem bo i tak było mi wszystko jedno. Wolałem się jeszcze trochę przegłodzić. Reszta grupy nieco narzekała, zwłaszcza, że obsługa wniosła świeże bułki w chwili gdy ostatnie osoby opuszczały jadalnię. Przejechaliśmy autobusem do portu w Puno. Tam zostaliśmy zaokrętowani na stateczek, który miał nas zawieźć na wyspy Uros.
Jezioro Titicaca to najwyżej na świecie położony żeglowny zbiornik wodny. Ponad 3800 metrów nad poziomem morza. Jezioro ma długość około 180 km i szerokość – do 50 km. Składa się właściwie z 2 zbiorników wodnych połączonych wąską cieśniną Tiquina. Woda w jeziorze ma temperaturę około 10-12 stopni Celsjusza przez cały rok. Przez jezioro przebiega granica pomiędzy Peru i Boliwią, a Boliwia utrzymuje w portach nad jeziorem jednostki marynarki wojennej (Armada Boliviana). Armia boliwijska kultywując tradycje marynarki wojennej daje do zrozumienia, że brak dostępu do morza jest jedynie sprawą przejściową. Dostęp do Pacyfiku Boliwia utraciła w wyniku tzw. wojny o saletrę z Chile 1879 – 1884, kiedy to połączone siły Peru i Boliwii musiały uznać wyższość południowego sąsiada. W wyniku tej wojny Chile uzyskało tereny bogate w surowce mineralne i odcięło Boliwię od Pacyfiku.

Na jeziorze znajduje się kilka stałych i kilkadziesiąt pływających wysp zbudowanych z trzciny. Trzcinowe wysepki – Uros – zamieszkuje odrębna grupa etniczna, która na przestrzeni ostatnich kilkuset lat wymieszała się z plemieniem Aymara zamieszkującym Puno. Oryginalny język Uru wymarł i został zastąpiony językiem Aymara. Kilkadziesiąt wysp jest właściwie skansenem, który żyje z handlu i z turystów. Budowa domów na pływających wyspach była podyktowana chęcią ucieczki od płacenia podatków – najpierw Inkom, później Hiszpanom, w końcu państwu Peru. Status prawny grupy etnicznej zamieszkującej wyspy był właściwie nieuregulowany aż do roku 1975. Aby móc posiadać prawa społeczności lokalnej, musieli oni posiadać ziemię. Pływające wyspy z trzciny tego warunku nie spełniały. Dopiero nadanie pewnego obszaru ziemi na brzegu jeziora pozwoliło na nadanie praw społeczności zamieszkującej wyspy Uros.
Było wcześnie rano i byliśmy chyba pierwszą grupą turystów odwiedzających wyspy. Organizacja wizyt obejmuje wyznaczanie, które wyspy dana grupa może odwiedzić – zarządzający dbają o to, aby potencjalny zarobek dla społeczności rozkładał się w miarę równomiernie. W dobie rozwoju techniki mieszkanie w szałasach zrobionych z trzciny jest chyba już tylko i wyłącznie magnesem na turystów. Tu i ówdzie na wizytowanej wyspie pojawiały się fragmenty blachy falistej tudzież plastikowych elementów, które być może nie komponują się dobrze z trzciną pod względem estetycznym, ale na pewno są praktyczne w użyciu. Po uiszczeniu opłaty wstępnej Indiance, która „trzymała wartę” w przesmyku prowadzącym z portu na środek jeziora dobiliśmy do jednej z pływających wysp.
Trzcina będąca budulcem wysp jest dostępna na jeziorze praktycznie bez ograniczeń. Płytsze miejsca porasta bardzo gęsto. Było zimno – wchodząc na wyspę, widzieliśmy wszędzie ślady szronu. Pod butami słychać było charakterystyczny chrzęst deptanej trzciny. Wyspy mają grubość około 3 metrów i co 2 tygodnie dokłada się kolejne warstwy, ponieważ spodnia część ulega zgniciu. Szałasy – bo określenie domek, to chyba zbyt wiele – nie mają szczególnie wielkich wygód, choć na dachach niektórych z nich są nawet baterie słoneczne. Każda wizyta grupy to zarobek dla mieszkańców, którzy objaśniają jak buduje się wyspy i jak wygląda codzienne życie. Na wyspie mieszka kilkanaście – kilkadziesiąt osób, a w przypadku konfliktu, który łatwo może powstać, jeśli ktoś nie chce pracować dla lokalnej społeczności, kawałek wyspy można odciąć zwykłą piłą. Wtedy powstaje nowa wyspa i nowa społeczność, która już sama musi troszczyć się o swoją wyspę. Na miejscu można kupić pamiątki, drobne wyroby rękodzielnicze – a także oczywiście napić się mate de coca. Z herbaty skorzystaliśmy skwapliwie, bo mimo pięknej, słonecznej pogody było zimno, a poczucie chłodu wzmacniała wilgoć i fakt, że woda miała jedynie ok. 10 stopni. Problem reumatyzmu wśród mieszkańców mógłby być ciekawym tematem do badań naukowych.

Po powrocie do portu skierowaliśmy się w stronę granicy z Boliwią. Po drodze mieliśmy jeszcze postój w Chucuito, gdzie oglądaliśmy Inca Uyo – czyli inkaską świątynię płodności. Kilkadziesiąt posągów fallicznych sterczących z ziemi. Na pobliskim kościele Św. Dominka po drugiej stronie ulicy na szczycie kopuły również widzimy symbol falliczny, ewidentny przykład synkretyzmu religijnego bardzo powszechnego na terenach Ameryki Południowej. Próbuję sobie wyobrazić podobny symbol na dachu kościoła w Polsce, ale jakoś mi wyobraźni nie starcza.

Przykłady synkretyzmu religijnego w Polsce też są obecne. Z początkiem listopada kościół obchodzi Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, a w okolicach cmentarzy w Krakowie można kupić „miodek turecki”, a w Warszawie „pańską skórkę”- co nawiązuje do pogańskiej tradycji „Dziadów” i przynoszenia zmarłym pożywienia. Jednak te przykłady nie sięgają tak daleko w sferę obyczajową jak w przypadku kościoła w Chucuito. A być może to my inaczej i niewłaściwie pojmujemy kwestie obyczajowości?

Wierzenia przedchrześcijańskie są w Andach nadal kultywowane. W niektórych wioskach wierni po mszy w kościele katolickim udają się na obrzędy ku czci Pachamamy – matki ziemi. Matka Boża wydaje się wręcz być jej nowym wcieleniem.

Z Chucuito do granicy z Boliwią było jeszcze ponad 120 km. Zatrzymaliśmy się na chwilę na parkingu w okolicy miejscowości Pomata, skąd można było podziwiać rozległą panoramę jeziora Titicaca, ośnieżone szczyty Kordyliery Królewskiej (Cordillera Real) po boliwijskiej stronie i rozległe obszary hodowli ryb wokół miejscowości Pomata. Na parkingu stało kilka samochodów na peruwiańskich rejestracjach ozdobionych girlandami z kwiatów. Najprawdopodobniej wracały z uroczystości święcenia samochodów w pobliskim sanktuarium w Copacabanie. Zwyczaj ten, bardzo popularny wśród posiadaczy miejscowych czterech kółek, wiąże się często z oblewaniem samochodu szampanem a także odpalaniem petard, tańcami i ogólną „fiestą”. Świętowany hucznie całą rodziną – coś jakby przyjęcie nowej osoby do wspólnoty.

Na granicy musieliśmy się pożegnać z naszym autobusem. W Boliwii oddano nam do dyspozycji inny – miejscowy. Nie do końca wiem dlaczego, ale to pewnie jakieś lokalne uwarunkowania i przepisy. Tak, czy inaczej, jak zobaczyliśmy ten boliwijski pojazd i jego kolorową stylistykę, to poczuliśmy się jak hippisi w latach 70-ych XX wieku. Autobus zapewne też za czasów hippisów przeżywał swoje lata świetności, ale i tak w porównaniu z innymi osiągnięciami techniki motoryzacyjnej mijanymi na ulicach La Paz prezentował się niezwykle nowocześnie.

Przejście graniczne Desaguadero pomiędzy Peru i Boliwią zasługiwałoby w zasadzie na zupełnie odrębny esej. Położone jest przy jedynej rzece wypływającej z jeziora. Pierwszy etap procedury przejścia granicy to pozostawienie autobusu i wymiana pieniędzy na boliwiano, którego wartość wynosiła około połowy peruwiańskiego sola. Wzięliśmy bagaże i rozpoczęliśmy krążenie po kolejkach,od którego tak odwykliśmy po przyjęciu Polski do Schengen. Przyzwyczajeni do porządków europejskich – nawet naginanych typowo polskim, luźnym podejściem do sztywnych reguł i biurokracji – nie mogliśmy wyjść z podziwu jak takie przejście w ogóle funkcjonuje. Granica niby jest, ale nie zauważyłem aby jakieś służby się tym specjalnie przejmowały. Należało odstać swoje w jednej kolejce – po stronie peruwiańskiej, a następnie w drugiej – po stronie boliwijskiej. W sumie zeszło nam na to około 1,5 godziny, z czego procedury boliwijskie były bardziej czasochłonne. Zapewne urzędnicy wychodzili z założenia, że im dłużej czeka się w kolejce, tym większego szacunku turysta nabiera dla machiny administracyjnej państwa. W międzyczasie granice przekraczały dziesiątki ludzi, którzy nie wyglądali na specjalnie zainteresowanych procedurami odbywającymi się w okienkach po obu stronach granicy – za to posiadali ogromne ilości bagażu, który był przewożony w wózkach lub czymś w rodzaju rikszy. Niektóre osoby widziałem nawracające kilkukrotnie z ogromnymi pakunkami. Jeżeli istnieją jakiekolwiek procedury celne pomiędzy Peru a Boliwią – a zapewne istnieją, bo byliśmy uprzedzani, aby nie wwozić np. liści koki – to z całą pewnością owe osoby z tych procedur nie raczyły korzystać. Samego przejścia nikt nie pilnował, a urzędnicy za okienkami byli mało zainteresowani tym co się dzieje na przejściu – natomiast dość skrupulatnie przeglądali paszporty i formularze, które musieliśmy wypełnić. Brak pieczątki w paszporcie mógł nas słono kosztować – byliśmy o tym wcześniej uprzedzani. Po godzinie oczekiwania w ostrym słońcu na audiencję u boliwijskiego urzędnika odniosłem wrażenie, że wwiezienie do Boliwii skrzyni granatów i kilku plecaków kokainy byłoby znacznie łatwiejsze i mniej kłopotliwe, niż otrzymanie tego stempelka. Wreszcie, kiedy już nabraliśmy właściwego szacunku do latynoamerykańskiej biurokracji, wbito nam pieczątkę do paszportów i mogliśmy udać się do autobusu.
