Killi Killi i Valle de la Luna
6 sierpnia rano wyszliśmy z przewodnikiem z hotelu, aby udać się na plac Murillo. Z powodu fiesty związanej z obchodzonym właśnie tego dnia świętem katedra była niestety zamknięta, a na placu odbywały się uroczystości państwowe. 6 sierpnia 1825 roku ogłoszono bowiem Deklarację Niepodległości Boliwii. Żałując, że nie możemy zobaczyć katedry, przyglądaliśmy się z zainteresowaniem obchodom. To jednak swego rodzaju szczęście, gdyż takie uroczystości są tylko raz na rok. Dziwiło nas jednak, że oprócz kilku różnych formacji mundurowych, dziennikarzy i nas – pozostałych uczestników było niewiele. Pojedyncze osoby i inni turyści zdezorientowani faktem, że nie można zwiedzić katedry. Albo mieszkańców obchody święta niepodległości nie interesują, albo nie chcą świętować razem z wojskowymi. Po południu na tym samym placu trwała fiesta – ale już z udziałem mieszkańców. Nie było za to wojskowych. Widząc groźne miny mundurowych, którzy mieli broń, nie byliśmy pewni czy znajdujemy się we właściwym miejscu i o właściwym czasie. Przez myśli przebiegały mi zasłyszane historie o juntach wojskowych w krajach Ameryki Łacińskiej.

Filmowani przez miejscowych dziennikarzy robiliśmy więc za tłum uczestników oficjalnych uroczystości. Pewnie nawet pokazano nas w telewizyjnych wiadomościach. Ponieważ w telewizji musieliśmy wyglądać poważnie, dzielnie staliśmy na baczność, podczas gdy orkiestra wraz z mundurowymi zaintonowała hymn Boliwii. Nie wiedzieliśmy – bo i skąd – że ten hymn ma ze 20 zwrotek. Zaraz po nim zaintonowano pieśń „Do Morza”, która dla Boliwijczyków jest drugim hymnem. Wyraża ich gotowość do odzyskania dostępu do morza, co drażni sąsiednie Chile. Nas też drażniło – bo to kolejne kilka zwrotek stania na baczność pod groźnym okiem wszystkich służb mundurowych, które z braku innych uczestników tej jakże spontanicznej uroczystości przyglądały nam się bardzo uważnie. Przemówienia, których pozwolę sobie nie cytować i defilada dopełniały całości programu. Trzeba przyznać że mundury boliwijskie prezentują się dosyć ciekawie, a szczególnie malowniczo wyglądały kobiece formacje mundurowe w gustownych czarnych bucikach, które jednak na polu walki chyba nie zdałyby egzaminu.

Ponieważ nie było nam dane podziwiać zabudowań placu Murillo udaliśmy się na punkt widokowy o wdzięcznej nazwie Killi Killi. Fantastyczne miejsce w centrum naturalnego amfiteatru w jakim leży La Paz. Znakomity widok praktycznie w każdym kierunku. Na horyzoncie najwyższy szczyt Kordyliery Królewskiej – Illimani, będący drugim co do wysokości szczytem Boliwii wznoszącym się na wysokość 6438 metrów. Cały pokryty śniegiem. A dookoła mrowie zabudowań. Faktycznie po zmroku to wygląda lepiej – gdyż nie widać kolosalnych kontrastów między dzielnicami bogatszymi i biedniejszymi. W pełnym słońcu te kontrasty były zauważalne. Całe La Paz sprawia wrażenie nieco zaniedbane. Centrum dość bezładnie zabudowane. Jest sporo wysokich budynków, tak na oko kilkudziesięcioletnich. Nowych inwestycji zapierających dech w piersiach nie widać. W centrum widać perełki architektoniczne w stylu kolonialnym – tylko wymagają gruntownego remontu i odmalowania. Im wyżej w tym amfiteatrze – tym biedniej. Podobnie jak w Operze Wiedeńskiej za czasów nieodżałowanego Franciszka Józefa, kiedy na „jaskółkach” widowni zasiadała biedota – tutaj najbiedniej prezentuje się El Alto położone już powyżej 4000 metrów.

La Paz, jak już wspomniałem, leży na krawędzi Altiplano. Punkty styku 2 różnych obszarów geologicznych są z reguły miejscami występowania ciekawych zjawisk. Takim też miejscem jest Valle de La Luna (Dolina Księżycowa) położona nieco poniżej La Paz. Wprost z KIlli Killi udaliśmy się właśnie do tej doliny, a właściwie dużego parku zbudowanego w tym miejscu.

Erozja w glinianym i piaskowcowym podłożu spowodowała powstanie ciekawych form przypominających według miejscowych przewodników krajobraz księżycowy. Trudno mi to zweryfikować, nie widziałem. Ponoć – znowu według miejscowych przewodników – tak powiedział Neil Armstrong, który niewątpliwie był zarówno na Księżycu jak i w Boliwii. Dostępne zdjęcia z Księżyca nie przypominają zbytnio Vale da Luna, ale być może gościnność Boliwijczyków tak wpłynęła na księżycowego gościa, że powiedział to, co chcieli usłyszeć. Nie zmienia to faktu, że miejsce jest ciekawe i wygląda nieziemsko. Pospacerowaliśmy trochę po kładkach, kanionach i stromych ścieżkach. W przerwie skosztowaliśmy tradycyjnych boliwijskich „empanadas” – czyli zawijanych pierożków z różnorakim nadzieniem. Właściwie reszta wycieczki skosztowała. Pamiętając moje samopoczucie sprzed 2 dni ja się wstrzymałem od próbowania miejscowych wynalazków gastronomicznych. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie muzyki. Na najwyższym szczycie tego parku – właściwie to była ostra iglica – koncertował miejscowy Indianin kołysząc się w takt wykonywanej muzyki. Chwilami mieliśmy wrażenie, że za chwilę spadnie. Na szczęście oszczędził nam takich emocji. Rytmiczna muzyka spowodowała zapewne, że kilka osób nabyło przy wyjściu z parku zamponie – zwane w Europie też fletniami Pana. Przy wyjściu, już na ulicy, moje zainteresowanie wzbudziło niewielkie drzewo z drobnymi czerwonymi owocami. Po rozgnieceniu owoców w dłoni poczułem fantastyczny zapach świeżego pieprzu. Teraz przynajmniej wiem, jak wygląda pieprzowiec.

Kolejny punkt programu to wizyta na Targu Czarownic – znanym w całym świecie targowisku pełnym amuletów, magicznych przedmiotów i eliksirów. Brakowało tylko różdżek – a można by się poczuć jak w świecie Harry’ego Pottera. Najbardziej zdegustowani byliśmy wiszącymi wszędzie zasuszonymi płodami lamy. Ponoć taki talizman wmurowany w fundamenty domu przynosi domownikom opiekę Pachamamy. Usłużny sprzedawca oferował amulety na wszelkie nieszczęścia – nawet na złą teściową. Na teściową nie narzekam, ale cukierki z koki nabyliśmy. Na sąsiednich uliczkach mnóstwo sklepików z rękodziełem, wyrobami z alpaki, skóry i właściwie wszystkim co można sprzedać turystom. Ceny o wiele niższe niż w Peru.

Wolny czas pozwolił nam na poszwendanie się po centrum La Paz. Liczne zaniedbane budynki nosiły ślady ślicznej architektury kolonialnej. Na ulicach plątanina kabli podwieszona na drewnianych słupach. Zawsze miałem za złe rodzimym firmom telekomunikacyjnym i energetycznym, że kable są u nas prowadzone byle jak, bez jakiejś wizji i elementarnego przemyślenia. Po tym, co zobaczyłem w La Paz ten mój sceptycyzm co do rodzimych fachowców od okablowania znacznie osłabł. Jeśli ktoś w tej plątaninie jest w stanie się zorientować, uchodzi w Boliwii chyba za równego inkaskim bogom.

Na ulicach wszędzie widać kobiety noszące meloniki. To też ciekawa historia. Bynajmniej nie jest to tradycyjny ludowy strój noszony przez Indianki od czasów prekolumbijskich. Melonik został wymyślony w 1849 roku w pracowni kapeluszników Thomasa i Williama Bowlerów w Londynie. Zdobył dużą popularność wśród klasy robotniczej w czasie ery wiktoriańskiej. Był powszechnie używany na Dzikim Zachodzie – gdzie, wbrew temu co widzimy w filmach – nie kapelusz z szerokim rondem, ale właśnie melonik był używany przez szeryfów a także przez ściganych przez nich przestępców. Do Ameryki Południowej przywędrował z robotnikami pracującymi przy budowie kolei w latach 20-ych XX wieku. Kolejny transport meloników niestety miał pomylone rozmiary. Zbyt małe nakrycia głowy zostały przekazane miejscowym i stały się ulubionym nakryciem głowy niewiast. Plotka głosi, że sprzedawca meloników przekonał kobiety boliwijskie, że to nakrycie głowy przynosi im płodność – ale to chyba tylko legenda.




Wieczorem poszliśmy na występ folklorystyczny w restauracji Peña Huari. Był spory wybór miejscowych dań – wliczając stek z lamy, która w Boliwii jest spożywana, a w Peru nie. Z drinków zaproponowano nam wódkę „na wężu” – czyli napój z butelki, w której był wąż zalany alkoholem. Może następnym razem skuszę się i skosztuję. Muzyka była oczywiście miejscowa z nieśmiertelnym „El Condor Pasa”. Były także w nieco innym rytmie utrzymane melodie okraszone tanecznymi występami. Zdziwiły nas nieco używane podczas tych tańców maski smoków, czy innych stworów, przypominające te dalekowschodnie – ale w końcu Indianie do Ameryki przywędrowali z Azji. Jakiś czas temu, ale jednak.
