Adios Bolivia!
La Paz to bezsprzecznie duża metropolia – i jak każda metropolia ma swoje problemy. Wśród nich jedno z poczesnych miejsc zajmują te związane z komunikacją. Metropolie europejskie próbując sobie poradzić z korkami stawiają na ścieżki rowerowe. Jednak rowerami trudno się poruszać po mieście, gdzie różnica wysokości między dolnymi i górnymi dzielnicami jest jak między centrum Zakopanego i szczytem Kasprowego Wierchu. Komunikacja publiczna w La Paz dla nie mówiącego językiem Ajmara, ewentualnie po hiszpańsku może stanowić pewne wyzwanie. Autobusy, które spodziewałbym się zobaczyć już tylko w muzeum techniki, busy bez widocznego oznakowania, brak przystanków i „zwyczajowe” miejsca postojów – to wszystko składa się na obraz, który dla Europejczyka na pierwszy rzut oka stanowi totalny chaos. Podobno jednak w tym chaosie jest jakiś element stały – to, że nie ma stałych tras, a kurs się odbywa jak się zbierze odpowiednia liczba osób. Może nawet „la mañana”. Jeśli do tego dołożyć ogromne korki na ulicach i praktyczny brak innych środków komunikacji publicznej, oprócz taksówek, – to obraz jest pełny. No może nie do końca.




W 2014 roku oddano do użytku 3 linie kolejki linowej, a kolejne 7 jest w planach. Zważywszy na różnicę poziomów – miasto rozciąga się od wysokości 3200 do 4100 – trudno być zdziwionym, że budowę powierzono świetnie znanej z kurortów alpejskich austriackiej firmie Doppelmayr. Przejazd jest bardzo tani – kosztuje 3 boliviano (czyli około 1,50 PLN).
Wyjeżdżając z La Paz pojechaliśmy do El Alto kolejką linową. Byliśmy tam wcześniej niż nasz autobus, który najpierw nas zawiózł na stację i potem pojechał na stację końcową. To pokazuje, że kolej linowa może mieć sens w takim mieście jak La Paz. Pytanie, czy cena przejazdu pozwala na zrefinansowanie całej inwestycji – ale to już problem miejscowych polityków i ekonomistów.
Podróżując kolejką zobaczyliśmy dziwne osiedle. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawało nam się, że to osiedle. Kilkadziesiąt bloków kilkupiętrowych o nieciekawej architekturze – takich jakie u nas namiętnie budowano w latach 60-ych i 70-ych ubiegłego stulecia. Z bliższa okazało się że zamiast mieszkań są tam po prostu nisze na trumny. Był to gigantyczny cmentarz komunalny.

Wyjeżdżając z La Paz utknęliśmy w korku. Nasz kierowca kluczył bocznymi uliczkami, aby ominąć zator, ale zawsze w końcu trafiał na jakiś mostek, do którego trzeba było swoje odstać. Kierowcy boliwijscy się nie patyczkują. W sytuacjach ekstremalnych jadą na siebie „na czołówkę”. Mniej odważny ustępuje.

Dobrze że trasa naszej wycieczki nie wiodła przez osławioną drogę śmierci. Przy takich manierach można łatwo skończyć na dnie wąwozu. W naszym przypadku zagrożeniem było jedynie ewentualne zagniecenie karoserii. Wracaliśmy nieco inną drogą. Jechaliśmy tym razem po wschodniej stronie jeziora Titicaca. Do osławionej drogi śmierci nie było daleko. Po prawej stronie na horyzoncie ciągnął się ośnieżony łańcuch górski tej samej Kordyliery Królewskiej, która nam towarzyszyła od 2 dni. Przejazd z La Paz przez te góry i dalsza droga do Coroico zyskała miano najbardziej niebezpiecznej drogi świata – i zwana jest właśnie drogą śmierci. Corocznie zdarza się na niej kilkaset wypadków, a ginie około 100 osób. Zawieszona niemal w powietrzu wygląda raczej jak przyklejona do stromego zbocza, które opada kilkaset metrów w dół. W sieci można obejrzeć zdjęcia jak i relacje z wypraw rowerowych tą drogą.
Nasza droga miała jednak raczej usypiający charakter, zastrzyk adrenaliny nam dzisiaj nie groził. Krajobraz bliżej drogi był typowy dla Altiplano – równina żółto – brązowa, tu i ówdzie porośnięta zaroślami, ale raczej sucha. Po jakimś czasie wjechaliśmy na półwysep wychodzący na środek jeziora Titicaca i zjechaliśmy do osady o nazwie San Pablo. To jedna strona cieśniny Tiquina. Po drugiej stronie jest miejscowość San Pedro. Po parkingu włóczyły się bezpańskie lamy, a my oczekiwaliśmy na przeprawę promową. Autobus był przewożony oddzielnie. Po drugiej stronie w San Pedro znajduje się pomnik Manco Capaca, twórcy państwa Inków.

Wokół przystani możliwość zakupu różnych przekąsek. Tym razem już skusiłem się na „empanadas”. Pierożki z farszem z ziemniaka, a drugi z mięsem kurczaka jakoś nie przeniosły mnie w obszar kulinarnej ekstazy, ale przynajmniej zaspokoiły uczucie głodu. Kiedy nasz autobus już się przeprawił przez cieśninę, mogliśmy pojechać dalej. Zatrzymaliśmy się w kolejnym punkcie widokowym, z którego widać było obie części jeziora Titicaca rozdzielone cieśniną, którą właśnie pokonaliśmy. Znowu wspaniałe widoki – praktycznie dookoła. Na horyzoncie Andy. Przy pięknej pogodzie, jaką mieliśmy tego dnia wyraźnie widać było z tego miejsca smog unoszący się nad La Paz. To jednak zmora każdej aglomeracji, a jeśli powszechnie używa się kilkudziesięcioletnich samochodów – to trudno się dziwić. Kolejny punkt naszej wycieczki, jeszcze przed przejściem granicznym z Peru to Copacabana.

Dotychczas nazwę Copacabana kojarzyłem raczej z dzielnicą Rio de Janeiro i słynną plażą. Okazuje się jednak, że nazwa w Rio jest nazwą wtórną nadaną dzielnicy w XIX wieku po tym, jak sprowadzono tam kopię rzeźby „Dziewicy z Copacabany” – czyli rzeźby, wokół której urósł kult Matki Boskiej. Samo sanktuarium uchodzi za jedno z najważniejszych w Ameryce Łacińskiej – zaraz po sanktuarium Guadalupe w Meksyku, które powstało nieco wcześniej. Figurę z Copacabany wyrzeźbił potomek Huayna Capaca – Francisco Tito Yupanqui pod koniec XVI wieku. Copacabana znajduje się niedaleko Wyspy Słońca i Wyspy Księżyca na jeziorze Titicaca – miejsc kultu dla Indian z plemion Aymara i Quechua. Przyjęcie wiary Hiszpanów nie zmuszało miejscowych nawet do zmiany szlaków pielgrzymkowych.

Jak każde sanktuarium, tak i Copacabana, żyje z pielgrzymów. Ilość oferowanych pamiątek i dewocjonaliów o bardzo szerokim spektrum estetycznym na niezliczonych stoiskach wokół świątyni jest ogromna. Targowisko to im dalej od świątyni tym bardziej zmienia się w pospolity targ, na którym można kupić wszystko. Wewnątrz świątyni jak i na zewnątrz rzesze pielgrzymów, co czyni to miejsce raczej mało zachęcającym do jakiejkolwiek kontemplacji, czy też oddania się rozmyślaniom na temat marności ludzkiego losu. Pielgrzymi nie przyjeżdżają tu raczej na kontemplację, a z konkretną prośbą i modlitwą do „Naszej Panienki”. Jednak atmosfera była jakaś taka mniej nabożna niż to można zaobserwować np. na Jasnej Górze w Częstochowie – odnosiło się wrażenie ciągle trwającej typowo latynoskiej fiesty. Podobno ściągają tu pielgrzymi z całej Ameryki Południowej. Ilu z nich po wizycie w sanktuarium oddaje cześć Pachamamie lub innym indiańskim bóstwom?

Z Copacbany pojechaliśmy na przejście graniczne Kasani, gdzie znowu nabieraliśmy szacunku do latynoskiej biurokracji. Tym razem poszło szybciej. Pożegnaliśmy nasz „odjazdowy” autobus i po stronie peruwiańskiej wsiedliśmy do dużo nowszego modelu z klimatyzacją, która nie wymagała otwierania okien. Ruszyliśmy w kierunku dobrze znanego nam hotelu w Puno. Po drodze jeszcze jeden postój pod kościołem Św. Jakuba w Pomata znanym z okien wykonanych z alabastru. Wszystkie rzeźby postaci wewnątrz kościoła tradycyjnie – jak gdzie indziej – ubrane w szaty materiałowe. Rzeźby świętych wykonywane w Europie – jak choćby te na ołtarzu Wita Stwosza w kościele Mariackim w Krakowie – są wykonane w całości już w ubraniu. W Ameryce Łacińskiej te rzeźby wszędzie są ubierane w sukienki wykonane z normalnych materiałów ubraniowych. Czy przez to są bardziej podobne do żywych? Nie mnie to oceniać. W każdym razie była to kolejna świątynia, w której oglądaliśmy ubrane w ciuszki liczne rzeźby świętych.

Po dotarciu do hotelu – kolacja w hotelowej restauracji z kilku dań. Zatęskniliśmy za winem peruwiańskim, więc część z nas zamówiła sobie wino do kolacji. Na ile to było dla nas zbawienne, mieliśmy zobaczyć na drugi dzień….
