Sillustani, Raqchi i Andahuaylillas
Powyższe nazwy to miejsca, które mieliśmy zwiedzić podczas przejazdu z Puno do Cuzco. Szczególnie to ostatnie podczas wymowy wymaga pewnego zaangażowania takich mięśni, o których zwykle nie wiemy, że je posiadamy. Podobny problem mają zapewne Indianie Quechua, gdy muszą wymówić nasz „Szczebrzeszyn”. Generalnie trasa planowana na ten dzień pokrywała się z linią kolejową biegnącą z Puno przez miasto Juliaca do Cuzco. Na przełęczy La Raya, którą my pokonywaliśmy autobusem, linia kolejowa osiąga imponującą wysokość 4314 metrów nad poziomem morza. Jeszcze wyżej wyprowadza linia kolejowa zaprojektowana przez Ernesta Malinowskiego prowadząca z Callao do Cerro de Pasco. Sama przełęcz La Raya oddziela departamenty Cuzco i Puno, a jednocześnie jest ważnym punktem geograficznym. Jest to bowiem wododział pomiędzy bezodpływowym Altiplano z jeziorem Titicaca a dorzeczem Amazonki. Nie licząc La Paz, które – jak pisałem – leży na skraju Altiplano, dotychczas poruszaliśmy się po bezodpływowym płaskowyżu lub w zlewni Pacyfiku, gdyż wszystkie rzeki z odwiedzanych przez nas terenów, łącznie z rzeką Colca, kończą swój bieg w Pacyfiku. Pod przełęczą La Raya swój bieg rozpoczyna Urubamba, najważniejsza rzeka królestwa Inków i jedna z podstawowych składowych Amazonki. Z nazwami rzek w Ameryce Łacińskiej nie jest tak prosto, jak u nas. Dwie rzeki łącząc swe nurty otrzymują często nową nazwę. Uznany przez polskich badaczy jako źródło Amazonki potok Apacheta zmienia swe nazwy kilkukrotnie: Apacheta → Lloquera → Challamayo → Hornillos → Apurimac → Ene → Tambo. Rzeka Tambo po połączeniu się z Urubambą tworzy rzekę Ucayali (tę znaną z książki Arkadego Fiedlera), a ta po 1700 km łączy się z rzeką Marañón tworząc Amazonkę. Czy dziwi zatem, że w tym zamieszaniu źródła Amazonki odkryto dopiero niedawno? Gdyby ktoś nazwę główniej ulicy w mieście zmieniał na każdym skrzyżowaniu – też większość turystów czułaby się zagubiona. A miejscowi i tak swoje od dawna wiedzą, tylko pewnie tę wiedzę pozostawiają dla siebie….
Pobudka jak zwykle wcześnie rano. Po zejściu na dół okazuje się, że spora część grupy wygląda jak śnieg na andyjskich lodowcach i ledwo stoi na nogach. Najwyraźniej przechodzili to samo, co ja 3 dni wcześniej. Zdrowi byli tylko ci, którzy wypili do kolacji wino lub coś mocniejszego. Twierdzenie jakoby w wysokich górach nie należało pić alkoholu zostało wreszcie empirycznie obalone, wszak znajdowaliśmy się blisko 4000 metrów nad poziomem morza. Nasza pani doktor miała pełne ręce roboty, ale w końcu jakoś to ogarnęła. Przynajmniej bagaż miała lżejszy, bo pozbyła się sporej części pigułek.

Pierwszy postój to Sillustani. Nad pięknie położonym jeziorem Umayo, ok. 20 km na północny-zachód od Puno znajduje się stanowisko archeologiczne identyfikowane jako miejsce pochówku należące do preinkaskiej kultury Colla z XIII – XIV wieku. Miejsca pochówku to kamienne okrągłe budowle wznoszące się na kilka metrów, zbudowane z doskonale dopasowanego kamienia – tzw. chullpas. Wewnątrz chowano zmarłych w pozycji embrionalnej, czasami z rzeczami codziennego użytku. Ślady chullpas znajdują się w wielu miejscach, ale te w Sillustani zachowały się najlepiej. Nieopodal wież chullpas widzieliśmy ślady ingerencji człowieka w ukształtowanie linii brzegowej jeziora będące dowodem na wysokie umiejętności agrotechniczne prekolumbijskich Indian. Linia brzegowa tworzy formę „pazurków” pozwalających wodzie na penetrację terenów leżących nieco dalej od brzegu jeziora. Stabilizująca temperaturę obecność wody miała zapobiegać przymrozkom na terenach uprawnych wokół jeziora. W suchym klimacie Andów, na wysokości 4 tys. m o przymrozki nietrudno, ale woda w dzień ogrzewana padającymi niemal prostopadle promieniami słońca w nocy oddawała swe ciepło chroniąc uprawy. W trudnym klimacie, bez unijnych dopłat do rolnictwa, jakoś sobie trzeba było radzić….

Kilka kilometrów dalej mieliśmy okazję zobaczyć zagrodę miejscowego rolnika. Z jednej strony każda taka wizyta „u typowego przedstawiciela miejscowej ludności” budzi zawsze we mnie pewne zażenowanie – nigdy bowiem nie wiadomo, czy i na ile jest to typowa „ustawka” nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Jednak przy tak ekspresowym zwiedzaniu obcego kraju to czasem jedyna możliwość zetknięcia się z miejscową kulturą – nawet jeśli jest ona jakoś ubarwiona na życzenie miejscowych biur podróży, które kontraktują takie wizyty. Wystarczy uważnie patrzeć i wyciągać wnioski – a zawsze coś ciekawego się zaobserwuje. Gospodarze- niezwykle uśmiechnięci, otoczeni czeredą uroczych dzieciaków pozwolili obejrzeć zabudowania jednocześnie prezentując swoje produkty, wśród których największe zainteresowanie wzbudziły ser i ziemniaki. Mnie zainteresowała zagroda pełna świnek morskich – czy mówiąc bardziej poprawnie kawii domowych. Hodowane dla mięsa – były od zawsze przysmakiem miejscowych Indian. Kiedy podczas konkwisty rozpoczęło się nawracanie na katolicyzm, należało w jakiś sposób tubylcom przybliżyć kulturowo postać Chrystusa. Chrystus spożywający wino i chleb – lub mięso baranka, nieznanego w Ameryce, mógł być trudno akceptowalny dla Indian. Malarze religijni zdobiąc powstające kościoły przedstawiali więc ostatnią wieczerzę jako ucztę, w czasie której na talerzu Chrystusa spoczywała upieczona świnka morska – czyli cuy. Kilka takich obrazów widzieliśmy w andyjskich świątyniach. Świnki morskie biegające po zagrodzie rolnika były dość dobrze podtuczone. To podczas tej wizyty przyszła mi do głowy myśl, że pobyt w Peru to może być jedyna okazja spróbowania tego specjału miejscowej kuchni. Kilka dni później słowo – a właściwie myśl – miała stać się ciałem….

Miejscowy gospodarz pozwolił na robienie zdjęć z oswojonym guanaco. W odróżnieniu od lamy, które faktycznie lubią pluć na zbyt natarczywych turystów – to guanaco było wyjątkowo cierpliwe i dzielnie znosiło głaskanie przez każdego, kto chciał mieć fotografię. Zdjęcie z każdym z turystów chciał mieć też syn gospodarza – chłopczyk lat około 2, tyle że on musiał już przejść dobrą szkołę marketingu, bo za każde ujęcie twardo negocjował należność. Ten malec to chyba była najlepsza „inwestycja” gospodarza.

Prezentowano nam też kilka odmian ziemniaków. Czy ktoś sobie wyobraża schabowego bez ziemniaczków? Ja nie. A jednak – 500 lat temu nasi przodkowie musieli zajadać mięso bez tych dodatków – o frytkach już nie wspominając. To przecież dopiero dzięki Kolumbowi ziemniaki dotarły do Europy. Do Polski w charakterze rośliny ozdobnej przywiózł je Jan III Sobieski otrzymawszy po wiedeńskiej wiktorii podarunek od cesarza Leopolda. Powszechnie na stoły trafiły u nas 100 lat później. Peru jest niekwestionowaną ojczyzną ziemniaka.To w tym kraju stworzono bank genów obejmujący 7000 odmian tej rośliny. Podobno Inkowie uprawiali 250 odmian. Niektóre po wysuszeniu (na mrozie) mogą być przechowywane do 20 lat. Widzieliśmy właśnie takie okazy na farmie – bardzo lekkie, koloru białego. Aby je spożyć należy rozetrzeć na proszek i wtedy mamy gotowy surowiec do dalszej obróbki. Na ścianie jednego z zabudowań wisiała butelka z zatopionym w środku wężem o jasnym ubarwieniu. Nie wiem, czy to ubarwienie było naturalne, czy może wytrawione przez alkohol. Nalewka najwyraźniej dojrzewała, czy też jak mówią rodzimi specjaliści od nalewek – „przegryzała się” w ostrym słońcu.

Ruszyliśmy w drogę w kierunku Cuzco. Po drodze mijaliśmy się z pociągiem z Puno do Cuzco. Tak zwany „Andean Explorer” kursuje 3 razy w tygodniu. Trasę 385 km z Puno do Cuzco pokonuje w 10 godzin z 15 minutowym postojem na przełęczy La Raya. Bilet, w którego cenie zawarty jest obiad kosztuje 285 dolarów amerykańskich. Jeśli ktokolwiek narzeka na ceny w PKP – to musi koniecznie pojeździć kolejami w Peru. Typowo turystyczne trasy zorientowane są na złupienie gości. Lokalne połączenia kolejowe w Peru w większości zlikwidowano z powodu ataków partyzantów z tzw. Świetlistego Szlaku”. Co prawda z partyzantką się uporano, ale pozostały głównie połączenia turystyczne. Dla tubylca 285 dolarów na podróż pociągiem to kwota zupełnie abstrakcyjna.
Po kilku minutach przerwy na zdjęcia na przełęczy La Raya pojechaliśmy dalej. Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji, na dziedzińcu której luzem hasały lamy, alpaki i wikunie. Jeśli ktoś jeszcze nie miał zdjęcia w towarzystwie tych zwierząt – miał po temu kolejną okazję.

W dzisiejszym programie zostały nam jeszcze 2 miejsca, które mieliśmy w planach zwiedzania. Pierwsze to stanowisko archeologiczne Raqchi. Imponujące w tym miejscu są przede wszystkim pozostałości świątyni boga Wirakoczy. Ruiny wielkiego, krytego dachem budynku o wymiarach 92×25 metrów, wysokiego na 18 metrów muszą robić wrażenie. To największa budowla jaka pozostała po Inkach. Jedna ze ścian pozostała praktycznie w całości. Na podmurówce z kamienia połączonego ze sobą idealnie, bez żadnych szczelin wznosi się mur z otworami okiennymi pozwalający wyobrazić sobie ogrom budowli. Nieopodal znajduje się grupa okrągłych budowli o średnicy 10 m, które służyły jako magazyny żywności – głównie ziarna. Podobne spichrze – choć nie zawsze okrągłe – można znaleźć we wszystkich miastach budowanych przez Inków. Można pozazdrościć gospodarności i przezorności. W ciężkim klimacie, bez zwierząt pociągowych pod względem zaopatrzenia w żywność w państwie Inków panował właściwie dobrobyt, a zapasy żywności w razie klęsk i wojen mogły być rozdzielone pomiędzy mieszkańców.

Ostatni przystanek przed Cuzco – to tzw „kaplica sykstyńska Andów” – czyli kościół w Andahuaylillas. Zbudowany na przełomie XVI i XVII wieku przez jezuitów na lokalnym miejscu kultu religijnego robi wrażenie ilością i bogactwem fresków, żywymi kolorami, złoceniami i ornamentami. Sufit w całości pokryty jest malowidłami i zdobieniami w stylu Mudejar. W środku niestety nie wolno robić zdjęć, za to w ramach biletu dostaje się płytkę CD z materiałami dotyczącymi kościoła. Wokół kościoła targ z pamiątkami i kilka sklepów z bardzo kunsztowną biżuterią w stylu andyjskim. Okazja do potargowania się i zakupu oryginalnej pamiątki, której nie mogliśmy przegapić. Niektórzy nawet targowali się zbyt długo, co spowodowało lekkie opóźnienie odjazdu.

Wieczorem dojechaliśmy do Cuzco. Po zakwaterowaniu w hotelu, w którym mieliśmy spędzić aż 4 noce, zrobiliśmy jeszcze orientacyjny spacer po centrum. Do głównego placu miasta – nazywał się oczywiście Plaza de Armas – mieliśmy 20 minut na piechotę, a centrum zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Czuło się atmosferę kilku wieków historii, dawnej świetności i potęgi miasta oraz tego czegoś nieuchwytnego i trudnego do opisania, a co sprawia, że są na świecie miejsca do których bardzo chętnie się wraca.
